|
|
wtorek, 17 stycznia 2012
Suwerenność
Witam w Nowym Roku, w którym życzę wszystkim wszystkiego najlepszego. W modzie jest ostatnio na przykład suwerenność. I ja sobie życzę takiej suwerenności na dobre, ale i na złe. Pojawiły się właśnie nowe ustalenia w sprawie katastrofy w Smoleńsku, podobno niektórych słów nie wypowiedział generał Błasik, skąd niektórzy wyciągnęli niezbyt logiczny wniosek, że wcale go w kokpicie nie było, każą przepraszać wdowę, Rosjanom zmieniać raport, Tuskowi wracać z nart, itp, itd. Krok, albo dwa kroki, znów w kierunku przypisywania winy Rosjanom. Mnie się to nie podoba i w imię suwerenności domagam się uznania katastrofy za suwerennie polską, w której sami zawaliliśmy i ponosimy odpowiedzialność w oczach świata. To nie jest tak, że w jakimś Kraju Nadwiślańskim Moskwa decyduje o tym, kto, gdzie i kiedy ma lądować, prowadzić polskich pilotów, generałów i prezydenta za rękę jak dzieci w nomen omen mgle. Suwerenność oznacza także odpowiedzialność i umiejętność przyznania się do błędu na własny rachunek.
Swoją drogą, nowe odczyty z czarnych skrzynek otrzymuje rząd jak wybawienie, bo spada z agendy temat refundacji leków, czy bałaganu w prokuraturze. Kaczyński, który już - już zaczyna się przeistaczać w poważnego lidera opozycji, znów pojawia się z Macierewiczem, mamy festiwal szalonych koncepcji i wściekłych oskarżeń, co obchodzi już tylko hardkorowców. Powiększenie przewagi sondażowej PO nad PiS wydaje się murowane.
Tusk w ogóle ma szczęście: nawet czarny charakter ostatnich dni, kapitan włoskiego statku wycieczkowego, który uległ katastrofie, nazywa się w sposób budzący skojarzenia: Francesco Schettino. No ale właśnie a propos, fetuje się kapitana Wronę, przed sądem chce się stawiać kapitana Schettino, a mówić o odpowiedzialności dowódcy załogi tupolewa jest politycznie niepoprawnie.
wtorek, 13 grudnia 2011
Właściwie miałem nie pisać...
...o rocznicy stanu wojennego, wszystko co miałem do powiedzenia napisałem w poprzednich latach. No ale w tym roku jakoś ta rocznica zaatakowała, niczym wojsko i ZOMO 30 lat temu. Główna myśl, którą chciałbym z tej okazji sformułować, to ta, że od okrągłej rocznicy stan wojenny nie zrobi się straszniejszy, niż był...
Jak już pisałem, nie podoba mi się to, że Kaczyński znów narzucił linię rozumowania. Cała Platforma teraz na jedno kopyto powtarza, może z wyjątkiem akurat w tym przypadku rozsądniejszego Niesiołowskiego, coś co sprowadza się do: nie przeciwko Sikorskiemu maszerować, przeciwko Jaruzelskiemu maszerujmy! A może dałoby się jakoś normalnie, bez maszerowania i podkreślania na każdym kroku, jaka to rocznica, i jak to wtedy było.
Dobrze napisał mój kolega "po emigracji" Janusz Rudnicki, o, tutaj:
http://wyborcza.pl/1,77062,10805830,Wszystko_sie_oplacalo_.html
I właściwie nie ma już tu więcej nic do dodania.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Buractwo
A jednak: marszałek Ewa Kopacz doprowadziła do zmiany godziny rozpoczęcia posiedzeń sejmowych komisji. Ale szef klubu PiS Mariusz Burak stwierdził, że nie podziękuje, bo coś tam.
Kronika buractwa miałaby bardzo wiele wpisów, jeszcze więc kilka z ostatnich dni: Jarosław Kaczyński i Ryszard Czarnecki (PiS) rozpowszechniali insynuacje, jakoby motywacją premiera Donalda Tuska i ministra SZ Radosława Sikorskiego w trudnych ostatnich negocjacjach były przyszłe wysokie stanowiska w strukturach UE. Z kolei Jerzy "gdzie masz ch*ju czapkę" Kropiwnicki, były prezydent Łodzi, też PiS, zatęsknił o dziwo za byłym ministrem infrastruktury Cezarym Grabarczykiem (PO), ponieważ jego następca Sławomir Nowak zapowiedział rezygnację z planów szybkiej kolei z Łodzią w strategicznym punkcie. Tu takie piętrowe rozumowanie miało miejsce, mianowicie Grabarczyk został odwołany, ponieważ miał nie najlepszy wynik wyborczy, lepszy od niego miał m.in. poseł John Godson, co Kropiwnicki skwitował, że: "głosowali na niego, bo jest czarny".
Klub buraków jest ponadpartyjny i należy do niego także Marek Migalski z PJN, który zatytułował swój wpis na blogu "Dupa" i użalał się w nim, jak to wszyscy przestali na niego zwracać uwagę. No to on im taką prowokację. Ale w pięty poszło.
Na "Solidarną Polskę" chwilowo nie mam przykładów, ale z pewnością nie każą na siebie długo czekać.
piątek, 09 grudnia 2011
Na bieżąco
Mamy potwierdzenie tezy profesora Markowskiego, którego niedawno cytowałem: 13 grudnia posłowie PiS chcą demonstrować jak prezes kazał, a tu jest zwykły dzień powszedni i trzeba iść do pracy, konkretnie w komisjach sejmowych. Transferowcy, psia ich kostka. Chyba nie została dobrze przyjęta w społeczeństwie prośba posła Błaszczaka pod adresem marszałek Kopacz, by w związku z manifestacją poodwoływać czy poprzesuwać posiedzenia komisji. Pani marszałek jak najsłuszniej odmówiła.
Inny rodzaj wagarów to kamyczek do ogródka głównie Solidarnej Polski, ale i ciągle istniejącego PJN, i pani Senyszyn z SLD oraz pana Czarneckiego z PiS: aktywność krajowa posłów do Parlamentu Europejskiego. Tu nie ma właściwie co komentować. A propos Senyszyn, zamierza zostać przewodniczącą SLD, ale dał się namówić także Leszek Miller, i to on jest faworytem. Nie mam w związku z tym negatywnych emocji, przeciwnie, fajnie będzie tak poczuć się trochę młodszym. A może jeszcze Marian Krzaklewski wróci...
Najważniejsza jednak obecnie jest sprawa eurowaluty i obstrukcja brytyjska na szczycie. Tak sobie niedawno myślałem jadąc tramwajem, że co właściwie jeszcze ci Anglicy robią w Unii, oni tu jakoś nie pasują. No i wymyśliłem, czy wywróżyłem. Oczywiście jest "patriotyzm Camerona" wychwalany przez naszych prawicowców i eurosceptyków, co jednak jest ciekawe, piszą oni, że zgoda polskiego rządu na porozumienie krajów rano jeszcze 23, a teraz już 26, oznaczać będzie konieczność płacenia na zadłużonych po uszy, a i tak wciąż od nas bogatszych, Greków i innych południowców. Nie wiem z czego oni to wywnioskowali, przecież porozumienie dotyczy tylko dyscypliny budżetowej każdego zainteresowanego kraju, jak wiadomo szczególnie Grecy uprawiali w tej dziedzinie przez lata księgowość niesamowicie kreatywną, tak więc mechanizmy dyscyplinujące (które Polska miała już wpisane wcześniej na własną rękę) są nieodzowne. Właściwie to cały czas chodzi też o wysyłanie pozytywnych sygnałów, o klimat zaufania, w tym ze strony owych mitycznych "rynków finansowych", no i dlatego mowa jest o lekkim fiasku, bo mogło być tak pięknie i jednomyślnie, a wyszło jak to zwykle, a w każdym razie często, z Brytyjczykami. No ale za to przyjęta będzie Chorwacja, także w sumie jako Europa wychodzimy na swoje.
A na odpowiedzi na pytania z rysunku poniżej przyjdzie jeszcze trochę poczekać.
http://static.polityka.pl/_resource/res/path/e0/79/e0796745-2cb8-4974-9527-f2696600f9f6_665x665
O pewnej zbitce myślowej
Jarosław "Polskę zbaw" Kaczyński organizuje 13 grudnia demonstrację przeciwko berlińskiemu przemówieniu Radosława Sikorskiego. Spadła na niego od razu wielka i dość jednomyślna krytyka: jak można w tym akurat dniu organizować marsze przeciw Sikorskiemu, skoro jest to okrągła rocznica stanu wojennego, i właściwie należałoby maszerować przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, albo w łagodniejszej wersji celem upamiętnienia ofiar ówczesnych represji. I tak wszyscy powtarzają ten motyw, prezes i akolici oczywiście łaskawie przyznają, że wiadoma sprawa, przeciwko Jaruzelskiemu też będzie, dzisiaj na przykład Joachim Brudziński.
Tymczasem sprawa jest prosta: chce sobie Kaczyński zorganizować manifestację przeciwko aktualnej władzy, to niech sobie organizuje. Jego prawo w wolnym kraju. Po co na siłę dziwić się, że jakieś szlachetniejsze intencje temu nie przyświecają. On akurat nie był represjonowany w stanie wojennym, może go to w ogóle nie obchodzić. Skądinąd nie należy specjalnie tej imprezy nagłaśniać, media powinny zachować rozsądek, w interesie tej przytłaczającej większości Polaków, którzy akurat w tym czasie i miejscu woleliby wykorzystywać zajętą przez pochód ulicę do zwykłych celów.
Inna sprawa z ostatniego okresu, o czym zresztą już pisałem: opowiedział się prezes PiS za karą śmierci. I główny kontrargument jaki przeciwko temu wytoczono to ten, że karze tej sprzeciwia się Kościół w osobach dwóch kolejnych papieży. Benedykt XVI nawet wprost wypowiedział się ostatnio, zapewne nie w związku z wypowiedzią lidera polskiej opozycji, a jeśli już, to wyrokiem śmierci, który zapadł na Białorusi jak się wydaje bez stosownych dowodów winy. No ale mamy tu ze strony PiS dzielenie włosa na czworo, że nieważne co Benedykt mówi, ważne co tam kiedyś w katechizmie napisał... Tylko znów, jaki to ma sens. Jeśli chce się polemizować z Kaczyńskim i jego chęcią przywrócenia kary głównej, niech to będzie argument za argument, jak wiadomo argumenty polegające na odwoływaniu się do autorytetu są najsłabsze. Niektórzy PiSowcy mówią, nie bez racji: skoro takiej chcecie zgodności z nauczaniem Kościoła, to bądźcie również za bezwzględnym zakazem aborcji. Owszem, można było raz wytknąć Kaczyńskiemu faryzeizm, ale ciągle to powtarzać?
Utrwala się w ten sposób swego rodzaju zbitka myślowa, że mianowicie PiSowcy z prezesem na czele to po pierwsze są patrioci, po których należałoby się spodziewać godnego uczczenia pamięci ofiar stanu wojennego, po drugie ludzie wrażliwi na naukę Kościoła, po których należałoby się spodziewać posłuszeństwa słowom papieży, jednego najbardziej czczonego rodaka, a drugiego aktualnego. Tymczasem nie ma właściwie powodu, by tak uważać. Może Kaczyński mieć w głębokim poważaniu zarówno stan wojenny, jak i papieża. Jemu chodzi tylko o zbałamucenie jak największej liczby osób, po to by mógł w przyszłości odzyskać władzę.
A może uznać to, co powiedział Marek Siwiec parę tygodni temu w programie Moniki Olejnik: że mianowicie partia PiS to jest partia złych ludzi. Po których właściwie, dodajmy, nie ma co się czegoś szczególnego spodziewać. Jeśli mają na ustach Ojczyznę, Boga, Kościół, itp itd, to po to, by cynicznie oszukać. Chcą maszerować trzynastego, niech maszerują. Chcą dopominać się kary śmierci, niech się dopominają. Chodzi tylko o to, by naród okazał się na tyle mądry, by nie dopuścić ich do władzy, ani nadmiernego wpływu.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Hofman w rezerwacie
Poseł PiS Adam Hofman zwierzył się dziś na antenie jednej z rozgłośni, że nie chce by jego dziecko żyło w „rezerwacie dla Polaków”, utworzonym w Europie zdominowanej przez Niemcy.
Odpowiedź powinna być prosta: jak nie chcesz pan by pan i pana dziecko żyło w rezerwacie, to się pan staraj dotrzymać kroku rozwiniętemu społeczeństwu. Pan to może już przypadek beznadziejny, mimo względnie młodego wieku, ale chociaż dziecko pan oszczędź.
Nie należało się łudzić, że wyłonione w Polsce „dwa narody”, podzielone ze względu na takie sprawy jak katastrofa Smoleńska, obecność religii w życiu publicznym, czy inne zagadnienia nazwijmy to „krajowe”, przynajmniej w kwestii „europejskiej” zachowają jedność, bo to się wszystkim po prostu opłaca. Na jeszcze inną różnicę zwrócił jakiś czas temu uwagę profesor Radosław Markowski w wywiadzie dla „Przeglądu”, oto obszerny cytat: „Polska „platformerska” to przede wszystkim Polska niesłychanie ciężko pracujących ludzi – od ludzi korporacji, przez drobnych rzemieślników, po rolników i inteligentów oraz administrację. Ich najważniejszą cechą jest odpowiedzialność za los własny, swojego biznesu czy miejsca pracy, otoczenia i najbliższych, a także rozumienie spraw publicznych. Dzięki nim Polsce pisowskiego solidaryzmu żyje się dziś lepiej niż Bułgarom, Rumunom i Litwinom, doganiamy poziom Węgrów. Polska „pisowska”, w niejakim uproszczeniu, bo w tym dużym elektoracie są osoby podobne do wyżej scharakteryzowanych, żyje w swej ogromnej masie z redystrybucji – rent, emerytur, zasiłków. Nie może się obejść bez Polski „platformerskiej”, która wnosi do budżetu ogromne środki. W Polsce „pisowskiej” koncentruje się ta – jak się ją nazywa w żargonie ekonomii politycznej – klasa transferowa, która czeka na pieniądze od listonosza. Przecież ci „spod krzyża”, którzy spędzili tam kilkanaście tygodni, nie byli na urlopach. Ktoś w tym czasie musiał pracować. Na tym też polega wielki dramat PiS i jego projektu – nie da się dla całości społeczeństwa prowadzić polityki z punktu widzenia owej klasy transferowej. Polska „pisowska” nie zapewni rozwoju kraju i nie utrzyma Polski „platformerskiej””.
Na pewno schemat jest uproszczony, słowo „uproszczenie” pada zresztą w cytowanym fragmencie, niemniej jak się wydaje dużo w nim prawdy, a już całkiem nie do odparcia jest argument o ludziach „spod krzyża”, czy z różnych namiotów, a także wpisują się w ten schemat i manifestanci z „marszów niepodległości”, i zwykli kibole. Jak mają tyle czasu na takie rzeczy, to kiedy pracują, z czego żyją, jak się utrzymują.
Gdy weźmie się opis Markowskiego pod uwagę, łatwiej jest zrozumieć różnicę podejścia do kwestii wzmocnionej integracji europejskiej w obliczu ciężkiego kryzysu. Polak „platformerski” (a pewnie i SLDowski, i od Palikota, i nawet PSLowski), jeśli nawet sam nie produkuje czegoś bezpośrednio na eksport do innych krajów UE, to zdaje sobie sprawę z zależności polskiej gospodarki od sytuacji na wspólnym rynku, rozmawia z ludźmi, sam sprzedaje może coś komuś kto intensywnie kooperuje z zagranicą, i wie, że jak tam runie, to i u nas, przypominając sobie przysłowie, że gdy gruby (jak Niemcy czy Francja) schudnie, to chudy (jak Polska) zdechnie. I podpisze się pod Sikorskim: drodzy Niemcy, no zróbcież coś wreszcie do cholery, bo kto jak nie wy.
Tymczasem „Polak transferowy” będzie myślał za Jarosławem jak za panią matką „godnościowo”: nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. I niech na całym świecie, w całej eurostrefie wojna, byle nasza wieś spokojna. A jak nagle zabraknie pieniędzy na transfery, to wiadomo, wina Tuska.
sobota, 03 grudnia 2011
Po losowaniu
A jednak "grupa marzeń", Czechy to może jeszcze łatwiejszy przeciwnik niż Irlandia, taki bliski, swojski, no i wygraliśmy z nimi niedawno u siebie (wprawdzie na wyjeździe potem przegraliśmy, ale tu nie będzie meczu na wyjeździe). Swoją drogą, właśnie oni mają losowanie idealne: nie dość że z każdego koszyka teoretycznie najsłabszy przeciwnik, to jeszcze wszystkie mecze rozegrają we Wrocławiu, czyli prawie u siebie, niecałe chyba 100 km od granicy w najbliższym punkcie.
Pisałem o możliwych grupach "północnej" i "południowej", dostaliśmy "wschodnią", i też jest O.K. Drugą grupę z rozgrywających mecze w Polsce można by nazwać "katolicką" (Hiszpania, Włochy, Chorwacja, Irlandia). Zdaniem komentatorów, z prawdziwych faworytów turnieju zagrają w fazie grupowej w Polsce jedynie Hiszpanie i Włosi, więcej ekscytujących meczów czeka zatem Ukraińców (na przykład Niemcy-Holandia, Anglia-Francja).
Nie należy jednak mówić hop - trzeci raz z rzędu zagrają w grupie na Euro przeciwko sobie Rosja i Grecja. I za każdym razem drużyna z tej grupy zostawała mistrzem (2004-Grecja, 2008-Hiszpania).Obie zaś drużyny, które z grupy wychodziły, awansowały do półfinału (a nawet finału - w 2004 Portugalia, do półfinału dotarła Rosja w 2008).
Mianem "grupy śmierci" obdarzono oczywiście grupę B, lwowsko-charkowską. Holendrzy są przyzwyczajeni, bo to już ich czwarta taka grupa z rzędu: w roku 2000 mieli Francję, Czechy i Danię, w 2004 - Niemcy, Czechy i psującą nieco efekt Łotwę, w 2008 - Francję, Włochy i Rumunię. W Niemczech narzekanie, bo zwykle udaje im się trafiać do łatwiejszych grup, no ale grupa z 2000 roku, kiedy to trafili na Anglię, Portugalię i Rumunię, też nie była przyjemna (ani ta z 1996 - Włochy, Czechy, Rosja). W 2000 ponieśli klęskę, razem zresztą z Anglikami - z grupy awansowały Portugalia i Rumunia.
Grupa D, kijowsko-doniecka, przypomina mi dla odmiany grupę z roku 1992, w której faworyci Anglia i Francja trafili na Szwecję i Danię. A teraz Danię zastąpiła Ukraina. Wtedy oba mocarstwa odpadły, a Dania zdobyła niespodziewanie mistrzostwo. Dobry prognostyk dla Ukrainy? Może i tak, w każdym razie dla nich los okazał się chyba mniej łaskawy, niż dla polskich współgospodarzy.
Mimo trudnej grupy, faworytami całego turnieju będą Niemcy. Ale najlepiej by ktoś im wcześniej "ustrzelił" Hiszpanów. Powtórka finału z 2008 roku jest prawdopodobna i wtedy po raz trzeci z rzędu (jeszcze półfinał MŚ) Niemcy będą musieli przełamywać "hiszpański kompleks".
piątek, 02 grudnia 2011
Jeszcze przed losowaniem
Spotyka się opinie, że "prawo serii" zadziała i znów trafimy na Anglię bądź Niemcy. Ale co jest interesujące: odkąd sięgam pamięcią, czyli gdzieś do 1972 roku, w eliminacjach bądź finałach imprez piłkarskich rangi MŚ, ME, trafiliśmy w grupie przynajmniej raz na prawie wszystkie drużyny z grona finalistów (na Rosję jako ZSRR). Bardzo często na przykład na Portugalię, Szwecję, Holandię, raz zdarzyła się m.in. Dania, Grecja, Irlandia, czy ostatnio Chorwacja.
"Prawie" jak wiadomo robi różnicę, bo jest jeden zespół, z którym w wymienionym okresie graliśmy wyłącznie towarzysko. Podpowiedź? Teraz też na pewno na nich nie trafimy, przynajmniej nie w grupie. Druga podpowiedź? Był co prawda jeden spektakularny finał, ale nie grały w nim pierwsze reprezentacje.
Kogo się zatem nie wylosuje, i tak będą to starzy znajomi, pytanie tylko, jak starzy.
Minister SZ od tego jest
Do krytyków ministra Sikorskiego po jego przemówieniu w Berlinie dołączył - łagodnie - pałac prezydencki, skąd dano do zrozumienia, że nie było całkiem O.K. Minister powinien był najpierw zainicjować debatę w kraju, uzgodniono by jakieś wspólne stanowisko (ciekawe, czy chodzi o stanowisko, w zajmowaniu którego wziąłby udział prezydent, no ale może też jakiś "uzgodniony" Jarosław Kaczyński?), i dopiero potem z tym na forum europejskie.
Otóż uważam, że od inicjatywy, i to właśnie na forum międzynarodowym, jest minister spraw zagranicznych. Taka jego pozycja i rola. On może wychodzić przed orkiestrę i roztaczać różne śmiałe wizje. Co to za minister SZ, który za granicą postrzegany jest jako człowiek banalny i przewidywalny.
Jest to ktoś w strukturach władzy osobny. Nie ma przy tym obawy, że będzie w stanie za bardzo zaszkodzić, bo sam jest podwładnym premiera, który może go odwołać. Nie dysponuje minister jakimiś wielkimi pieniędzmi, nie wpływa na przykład na to, gdzie zechcemy przemieścić wojska. Taki trochę watażka bez zbrojnych hufców za sobą, ale na tym to polega.
Oczywiście niezmiernie krytycznie odnosiłem się, i nie daj Boże by się to powtórzyło, do pełnienia funkcji ministerialnej przez poprzedniczkę Sikorskiego, Annę Fotygę. Ale i w tym przypadku nie odmawiałbym jej prawa do inicjatywy, co najwyżej można skrytykować takową jako głupią, niemniej jednak pogląd, by wszystko co robi ze swoim premierem (Kaczyńskim?) uzgadniała, nie ma dla mnie wiele sensu. Może działać na własny rachunek, choć jak mówię, oby nie przytrafiło się to znów, bo Polska na to nie zasługuje.
Póki co, jest Radek Sikorski. No i dobrze.
czwartek, 01 grudnia 2011
Przed losowaniem
Jutro w Kijowie losowanie grup na Euro 2012. Powszechnie uważa się, że „grupą śmierci” dla Polski byłby zestaw z Niemcami, Portugalią i Francją, zaś „grupą marzeń” – z Rosją, Grecją i Irlandią.
Jeśli miałbym zabawić się w typowanie, to może jakiś wariant pośredni? Na przykład „północny”: Anglia, Szwecja i Dania. Albo dla odmiany „południowy”: Włochy, Chorwacja i Czechy. Najpewniej wyjdzie jakiś pomieszany. Możliwych „polskich” grup jest 4x4x4, czyli 64.
Jedno jest pewne: faworytem nasza drużyna w żadnej konfiguracji nie będzie. Nie ma słabych rywali, żadnych outsiderów. Dość powiedzieć, że jeśli uznamy Rosję za spadkobierców ZSRR, a i Ukrainę można tu dołączyć, Czechy zaś za spadkobierców Czechosłowacji, to w tych finałach biorą udział wszyscy dotychczasowi mistrzowie Europy. Kto chce, może sprawdzić. Dziewięć jest takich reprezentacji (z Ukrainą 10). Pozostali to tacy mocarze jak Anglia, Portugalia, Chorwacja i Szwecja, też byłaby z tej czwórki niezła „grupa śmierci”. Właściwie tylko Irlandia ma porównywalny do Polski skromny dorobek w finałach ME: jeden start i odpadnięcie w grupie w 1988 roku (Polska to samo 20 lat później).
Pozostaje tylko wierzyć w to, że gospodarze, mający sporo czasu na przygotowanie, dodatkową motywację i wsparcie kibiców, z reguły w turniejach piłkarskich nie wypadają bardzo źle. Nie bardzo źle wypadła 3 i pół roku temu Szwajcaria, choć z grupy nie wyszła, nieco gorzej Austria, ale po tym zespole nikt się niczego nie spodziewał, stąd jeden punkt zdobyty w meczu z Polską i tylko jednobramkowe porażki z Niemcami i Chorwacją uznano oczywiście nie za sukces, ale za wynik w normie. Choć zapewne kibice austriaccy są innego zdania.
Polska teraz to jest taka właśnie Austria z ostatniego turnieju. Jednak polscy kibice niewyjścia z grupy nie wybaczą. Może to stać się pretekstem do jakiejś większej rozprawy z PZPN, nawet kosztem eliminacji do MŚ 2014 w Brazylii. Czy to byłoby dobre, nie wiem. Spodobało mi się dzisiejsze stwierdzenie posła Niesiołowskiego w sprawie obalonego sekretarza Kręciny: powstania narodowego przeciw Kręcinie nie należy robić. Można by dodać, że piłka to sprawa nieważna. Ale z nieważnych - niewątpliwie najważniejsza.
|