RSS
czwartek, 19 listopada 2015
Trybunał

Trybunał Konstytucyjny jest ciałem bardziej eksperckim niż politycznym, wszyscy jednak ludzie, również sędziowie, mają swoje poglądy, a także powiązania towarzyskie, które mogą sytuować ich bliżej jednej partii, niż drugiej. Z tego względu Platforma Obywatelska nominowała nowych sędziów jeszcze w starym Sejmie, ale już za nowego prezydenta, który zrobił najprostszą rzecz z możliwych: nie zaprosił ich na ślubowanie, w związku z czym oni sędziami TK zostali, ale nie do końca, a wiadomo, że jak coś jest nie do końca, to tak jakby tego nie było.

Teraz przychodzi nowy Sejm, uchwala nową ustawę, nowa partia rządząca odwołuje niedoszłych sędziów i mianuje swoich, i nie wygląda na to, by ktoś mógł jej w tym przeszkodzić – ironia losu polega na tym, że tak naprawdę nie ma nawet w tej chwili stuprocentowego Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby wypowiedzieć się w kwestii ustawy na własny temat.

Skoro nic już się nie da zrobić, to może po prostu pozwolić im powołać tych sędziów, choćby tylko po to, żeby był „stuprocentowy Trybunał” i pełnił swoje funkcje kontrolne wobec władzy ustawodawczej. Sędziowie to mimo wszystko nie posłowie danej partii, dyscyplina klubowa ich nie obowiązuje, reprezentują określone środowisko, w którym poniżej pewnego poziomu blamażu nie wypada schodzić, zwłaszcza że ich życie zawodowe będzie miejmy nadzieję dłuższe niż władza PiS.

Pretensje wypada skierować także pod adresem koalicji PO-PSL, która rozgrzebała temat, nie przewidując, że nie będą w stanie doprowadzić sprawy do szczęśliwego końca. To już chyba lepiej było nie uchwalać własnej ustawy i pozostawić sprawy naturalnemu biegowi, tak by nie ryzykować, że przez jakiś czas Trybunał Konstytucyjny znajdzie się w stanie swoistego zawieszenia. Swoją drogą, prezydent Duda, nie przyjmując ślubowania, nawiązuje do tradycji falandyzacji prawa z okresu prezydentury Lecha Wałęsy, od nazwiska nieżyjącego już profesora Lecha Falandysza, który jednak swoje prawnicze harce przeprowadzał z daleko większym wdziękiem. Niemniej czynienie z formalności, jaką jest przyjęcie ślubowania, aktu decyzji, to jest de facto niezgodne z duchem ustawy poszerzenie prezydenckich uprawnień.

Nie znaczy to oczywiście, że należy siedzieć cicho i nie bić na alarm. Ci, którzy piszą, dzielą się na walczących, którzy chętnie przewidują, co będzie, i na analizujących, którzy skupiają się na tym, co jest. Mojemu temperamentowi bliższe jest to drugie podejście.

Ułaskawienie

Obrazowo rzecz ujmując, prawo łaski polega na tym, że gdy delikwent jest już po skazującym prawomocnym wyroku i ma udać się do więzienia, przed bramą więzienia staje jak Rejtan prezydent RP i mówi: nie, on nie pójdzie do więzienia, albo pójdzie na krócej, mimo tego swojego wyroku, ale ja tu jestem prezydentem, i mam prawo do takiej decyzji, którą na piśmie wręczam skazanemu.

W tym przypadku, prezydent udał się do sądu, poprosił o akta sprawy K., po czym wszystkie je wrzucił do pieca. Bo ja tu jestem prezydentem, i uważam, że mam prawo do takiej decyzji, którą na piśmie wręczam skazanemu.

Czy miał prawo tak postąpić? Nie miał, co wynika z różnicy między dwiema opisanymi wyżej sytuacjami. Ale postąpił, i tu jest problem. W państwie prawa wszelkie wątpliwości należy tłumaczyć na korzyść obywatela, a więc K. ma w ręce papier, który uniemożliwia dalsze działania wobec niego organów państwa, czy miałyby go osądzić w tej sprawie (już nieistniejącej), czy choćby tylko przesłuchać.

Odpowiedzialny za całą sytuację jest prezydent, a skoro mowa o odpowiedzialności, to trzeba by ją ponieść. Jednak jedyną możliwością byłoby postawienie go przed Trybunałem Stanu. Postawienie Prezydenta Rzeczypospolitej w stan oskarżenia może nastąpić uchwałą Zgromadzenia Narodowego podjętą większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby członków Zgromadzenia Narodowego na wniosek co najmniej 140 członków Zgromadzenia Narodowego (Art. 145 ust. 2 Konstytucji RP).



Po wyborach - II

10.11.

Zaczęło się od żartu, ale nie ma takiego żartu, który by trochę na poważnie nie wyszedł. Chodzi o ostatnią już awanturę tej kadencji pomiędzy premier Kopacz a prezydentem Dudą, o to, kto ma reprezentować Polskę podczas szczytu na Malcie w sprawie uchodźców. Ja oczywiście lwią część winy przypisuję tu panu prezydentowi i jego urzędnikom, ale i pani premier traci okazję, by godnie tę konfrontację wygrać i pożegnać się z urzędem.

Podobno najlepiej gdy będzie nas reprezentować przedstawiciel kraju zaprzyjaźnionego, co prawda w Unii właściwie same zaprzyjaźnione, ale tu konkretnie ma być, po sąsiedzku, Czech. Ja wpadłem na inny pomysł, mianowicie mógłby być ktoś jednocześnie i poniekąd z innego kraju, i z Polski, mianowicie gdyby był to katolicki duchowny, to można byłoby mówić o reprezentowaniu przezeń Watykanu. Wprawdzie Watykan do UE nie należy, ale nie bądźmy drobiazgowi, mieści się wszak cały na terenie stolicy jednego z ważniejszych państw Unii.

W tym kontekście przyszedł mi do głowy arcybiskup Stanisław Gądecki. Ważnym argumentem "za" byłaby tradycja, mianowicie dawno temu, gdy w Polsce był okres przerwy pomiędzy panowaniem kolejnych królów, tzw. interregnum, funkcję interrexa sprawował prymas. Co prawda abp Gądecki prymasem nie jest, ale znów nie bądźmy drobiazgowi: jest przewodniczącym Konferencji Episkopatu, o wiele aktywniejszym niż faktyczny prymas Wojciech Polak. Jeśli więc zaliczyć prezydenta Dudę do nowej władzy, która przejmuje królestwo, to nie ma co nie tylko nowej pani premier, ale i jego, fatygować, i pomysł jak najbardziej ma sens.

Ale najważniejszym argumentem, właśnie gdy konkretnie chodzi o arcybiskupa Gądeckiego, jest temat szczytu: w sprawie uchodźców zajął on stanowisko niezwykle godne i pod prąd wielu oczekiwań. Odwiedził także w szpitalu pobitego Syryjczyka. Wygląda na człowieka, z którym - tu sakramentalna formułka - nie we wszystkim można się zgodzić, ale nie jest koniunkturalistą, postępuje zgodnie ze swoimi zasadami i przekonaniami, i zasługuje na szacunek, a w kwestii uchodźców większy, niż ogół polityków.

Dosyć eksperymentu myślowego. Zapewne wyda się to PT Czytelnikom niedorzeczne i będą stukać się w czoło, że w ogóle można było na taki pomysł wpaść. No ale w takim razie dobra wiadomość: jesteśmy naprawdę bardzo daleko od państwa wyznaniowego.

13.11.

Gdybym miał czegoś życzyć Polsce na Święto Niepodległości... przede wszystkim, trawestując poetę, odrobiny niezbędnej powagi. Jeden publicysta, którego nazwiska nie wymienię, napisał, że państwa dzielą się na poważne, i pozostałe. Nie chodzi przy tym o „sprawne państwo” w koncepcji na przykład Jana Rokity, jakieś „jednolite centrum decyzyjne”... na co dzień państwo w sensie urzędów, administracji, biurokracja może być nawet trochę rozlazłe, trochę chaotyczne, rozmyte, ze strukturą, jak to on nazywa, wertykalną, byle tylko było w stanie „spiąć się” w sytuacji prawdziwego kryzysu.

Mnie chodziłoby o państwo, czy społeczeństwo, potrafiące reagować na wyzwania, mentalnie do tego przystosowane, proaktywne. Przykład aktualny – kryzys imigrancki. Różnica między podejściem, w uproszczeniu mówiąc, zachodnioeuropejskim, a wschodnioeuropejskim, jest taka, że społeczeństwa Zachodu widzą problem ludzi, konkretnie uchodźców, z którymi oni są władni coś zrobić, przyjąć ich, społecznie zaabsorbować, stworzyć szansę. Jest podmiot działań i jest przedmiot. Na Wschodzie my widzimy siebie w roli przedmiotu – to my jesteśmy tymi, którzy mają problem, to nad nami trzeba się pochylić, my troszczymy się o siebie, jak na tym wszystkim wyjdziemy, co to dla nas będzie oznaczać, itd. Swoją niechęć do podjęcia wyzwania tłumaczymy, że jesteśmy mądrzejsi, że nie chcemy u siebie dopuścić do takiej sytuacji, w której znalazła się Europa Zachodnia, widząc ją w barwach o wiele ciemniejszych, niż to wygląda w rzeczywistości (słynne prezesowskie „strefy, gdzie nie obowiązuje prawo szwedzkie”). Jednak nadal to wielu z nas tam chce emigrować, stać się częścią tych okropnych multikulturalnych społeczeństw, a w drugą stronę mało kto.

Kolejną sprawą, w której objawia się nasza destrukcyjna i mało poważna bierność, jest przeciwdziałanie skutkom ocieplenia klimatu. Szykuje się obstrukcja nowej polskiej władzy na szczycie UE, a wiadomo że Unia jest w światowej awangardzie jeśli chodzi o politykę klimatyczną. Przypomina mi się przy tej okazji anegdota, jak mieszkańcy miasta uchwalili, że każdy do wspólnej kadzi przeznaczy ileś tam wina. No i jeden z drugim pomyślał, a co tam, jak zamiast litra wina wleję litr wody, to nikt nawet nie poczuje. W efekcie okazało się, że jak już przystąpiono do degustacji, to popłynęła sama woda. Oczywiście winni byli wszyscy, ale my w tej sytuacji jesteśmy wręcz dumni z tego, i obnosimy się z tym, że tę wodę zamierzamy zamiast wina wlać. Znów mamy do czynienia z poważnym deficytem powagi. Po szczegóły dotyczące aktualnej sytuacji nazwijmy to negocjacyjnej odsyłam do artykułu Miłosza Węglewskiego w Newsweeku, w numerze, który ukazał się 9 listopada.

I ostatnia sprawa – Kościół. Odnoszę wrażenie, że dzielimy się coraz bardziej na trzy grupy: tych co na kolanach, tych dla których Kościół to zło, które trzeba bezwzględnie zwalczać i wpływy ograniczać, i wreszcie tych, którzy w ogóle tym tematem się nie zajmują, odżegnują się od niego (nomen omen). Mogą też istnieć rozmaite części wspólne poszczególnych grup. Kościół tymczasem jest wielką wartością, niesłychaną potencjalną energią, którą można spożytkować dla wspólnego dobra, i o tym trzeba poważnie rozmawiać, a nie okopywać się na swoich pozycjach. Przykładowo, w Święto Niepodległości kardynał Dziwisz skrytykował niektóre rozwiązania prawne, wprowadzone w ostatnim czasie. Reakcją jest z jednej strony satysfakcja, że ci, co wprowadzili te „bezbożne” prawa, już nie rządzą (a tych, co chcieliby pójść jeszcze dalej, w ogóle nie ma w parlamencie), z drugiej strony pomstowanie na kardynała, pomysły, że może można by jakoś zabronić mu głoszenia takich tez, i to jeszcze z ambony... A może warto porozmawiać, czy spróbować wytłumaczyć „stronie kościelnej”, jaki był sens tych ustaw, tych praw, dlaczego nie wszystkie postulaty katolickie muszą być w państwie liberalnej demokracji uwzględnione. Nieco górnolotnie można by powiedzieć: nie wpychajmy Kościoła w ramiona PiS, czy prawicy, to jest wielkie zadanie dla obecnej opozycji, spróbować odzyskać Kościół dla obywateli.

I takie to byłyby trzy elementy, oczywiście tylko przykłady, związane z życzeniami dla Polski: zmniejszenia deficytu powagi.



Po wyborach - I

26.10.

Pytanie, co myślę o nadchodzącej władzy, chętnie bym odwrócił: co ta władza myśli o mnie. Czy zaakceptuje mnie takim jakim jestem, czy może – idąc w końcu do wyborów pod hasłem „zmiany” – będzie chciała, by i ze mną coś się zmieniło. Ja współpracy w tym stanowczo i grzecznie odmawiam, nie chcę uczestniczyć w żadnej „wspólnocie zmiany”. Jeśli zostawią mnie w spokoju, pozwolą mnie i moim najbliższym żyć tak jak dotychczas, to i ja dam im spokój, można powiedzieć taki prywatny „pakt o nieagresji”.
Ale żeby nie było, że tylko o prywatę chodzi: wszelkie działania polityczne, które uznam za negatywne, będę na własną skromną miarę piętnował, a przynajmniej ukazywał problem. Może to dotyczyć stanowienia i egzekwowania praw, stosunku do obywatela i do świata zewnętrznego... Gdy tak myślałem o sobie i własnym komforcie, akurat w Biedronce, bo czasem tak sobie chodzę i myślę, zobaczyłem dwóch młodych ludzi ciemnoskórych, no więc życzyłbym sobie, żeby im też nic się nie zmieniło, żeby mogli żyć w Polsce tak jak do tej pory.
Taka to deklaracja prywatnej i zupełnie nieważnej, oprócz tego że dla mnie osobiście, opozycyjności. Co za ulga, być na luzie w opozycji, komentować, nie musieć świecić za nikogo oczami. Choć jak dożyję, to w następnych wyborach będę głosował na partię opozycyjną, w skrócie PO. Z tą krytyką i piętnowaniem władzy nadchodzącej też nie należy przesadzać, w końcu warto też czas poświęcić na przeczytanie książki, posłuchanie muzyki, pójście do kina, czy do teatru.

9.11.

Wolność religijna jest bardzo ważna dla liberała. Traktuje ją niezwykle poważnie, mając świadomość, iż religia dla wyznawcy jest czymś bliskim, określającym tożsamość i odgrywającym istotną rolę nie tylko w aspekcie indywidualnym, ale i społecznym. Liberał akceptuje fakt, że wspólnoty religijne nie są podmiotami, funkcjonującymi na zasadach rynkowych, dopuszcza dofinansowywanie ich, także ze środków publicznych, bezpośrednio, bądź poprzez system ulg. Aprobuje istnienie duchowieństwa, stara się o jego zaangażowanie na rzecz wspólnego dobra i społecznego rozwoju.

Partią polityczną, która najlepiej reprezentowała scharakteryzowany wyżej program w warunkach polskiej liberalnej demokracji, była, i pozostaje, Platforma Obywatelska. Jest to jedna z ważnych przyczyn mojej do niej sympatii, ale też i zastrzeżeń wielu potencjalnych zwolenników. Chcieliby oni, by Platforma patrzyła na wspólnoty religijne, w szczególności na Kościół katolicki, jako na zagrożenie dla wolności, monitorowała je i przeciwdziałała mu. Rozstająca się z władzą partia odmawiała przyjmowania tego rodzaju optyki, starając się, kiedy tylko się dało, zdejmować tak zwane kwestie światopoglądowe z bieżącej agendy. Na zasadzie: my nie mówimy, że ma być tak, albo ma być tak, my mówimy, że po prostu dana kwestia nie jest na tyle istotna, by czynić z niej źródło podziałów w społeczeństwie – w szczególności wyznawanie religii, bądź odmowa takowego, jest sprawą prywatną każdego obywatela i nikogo nie można do zachowań sprzecznych z sumieniem przymuszać.

Donald Tusk otwarcie deklarował, że nie jest od tego, by kroczyć w awangardzie przemian obyczajowych. Podejście to, mimo nieco może większej światopoglądowej odwagi, kontynuowała Ewa Kopacz, jak się wydaje, nie jest ono obce także innym czołowym politykom partii. W sytuacji rywalizacji z Prawem i Sprawiedliwością, nigdy nie wyrazili poglądu, że trzeba zająć pozycje jednoznacznie lewicowe, a gdy PiS czegoś się domaga, należy żądać czegoś wręcz przeciwnego, na przykład na postulat całkowitej delegalizacji aborcji odpowiedzieć propozycją całkowitej legalizacji, czy na kulturowy pisowski klerykalizm, antyklerykalizmem. Nawet bowiem gdy liberał nie zalicza się do wyznawców jakiejkolwiek religii, religia jako taka nie jest dla niego czymś złym, wręcz przeciwnie.

Niektórzy publicyści, na przykład związani z „Polityką”, dzielą scenę polityczną na PiS i na „nie-PiS”, w tym drugim główne siły stanowią Platforma oraz lewica. Mniej więcej taki podział przebiega też przez zainteresowaną polityką część społeczeństwa. Strona PiS oferuje swoim zwolennikom mnóstwo integrujących emocji, mających na celu zohydzić przeciwnika. Znamy te hasła dobrze: złodzieje, wszystko rozkradli, działają na szkodę Polski, jeśli na czyjąś korzyść, to raczej „kondominium rosyjsko-niemieckiego”, są osobiście zepsuci i niemoralni. Ja ubolewam nad tym, że jeśli druga strona chciała przeciwstawić tu jakieś swoje kontr-emocje, to były to, i są nadal, emocje antyklerykalne. Jeśli więc ktoś „kradnie”, ma nieuprawnione przychody finansowe, to jest to Kościół, władzę „kondominium” zastępuje zależność od Watykanu, niemoralni są przede wszystkim biskupi i księża, wszyscy potencjalni pedofile, a na pewno ludzie z gruntu zepsuci, pazerni i dwulicowi. Dochodzi nawet do tego, że jesteśmy skłonni „zło PiS” widzieć przede wszystkim w klerykalizacji Polski, a nie na przykład w osłabianiu liberalnej demokracji, niebezpiecznym igraniu z nacjonalizmem, czy w populizmie. Jest to chodzenie na łatwiznę, na skróty, diagnoza bardzo powierzchowna.

Tak się składa, że Polacy kulturowo są w przytłaczającej większości katolikami, i nawet jeśli do istnienia Boga nie mają przekonania, albo kwestia ta nie zajmuje ich myśli, są przywiązani do pewnych rytuałów, czy do krajobrazu, w którym akceptują istnienie kościołów i obecność księży, nawet jeśli mają o nich swoje, nie zawsze dobre, zdanie. W demokracji jak wiadomo decyduje większość, stąd pójście z hasłami jawnie antyklerykalnymi, skierowanymi przeciwko istniejącej obyczajowości, jest zamiarem określanym czasem jako chęć kopania się z koniem. Najlepszym przykładem jest Janusz Palikot, któremu społeczeństwo wyraźnie zakomunikowało: tak, chcemy w polityce i gospodarce czegoś nowego, ale jeśli oferujesz tylko, by nawiązać do tytułu twej książki, „zdjęcie Polski z krzyża”, to my dziękujemy. Nie uważamy bowiem, by Polska była jakoś specjalnie do krzyża przybita, a jeśli w jakimś stopniu, ze względu na uwarunkowania, jest, to my to jesteśmy w stanie zaakceptować, choćby dla świętego społecznego spokoju. Mimo że Palikot ze swoim Ruchem sprzymierzył się w końcu z lewicą tradycyjną, połączona formacja nie przekroczyła progu wyborczego, podczas gdy bardziej w światopoglądowych kwestiach wyważona Platforma okazała się po raz kolejny główną siłą obozu „nie-PiS”.

Wnioski? Trzeba widzieć wartość w liberalizmie, rozumianym jako pozytywne podejście do wolności religijnej. I na sztandary brać otwartość i tolerancję, a nie poniżanie pewnej grupy obywateli, tylko dlatego, że należą do duchowieństwa, czy są pobożni. Nie oznacza to zaniechania krytyki przykładów negatywnych, ale nie można uogólniać, stajemy się przy tym bowiem podobni do tego, co nam tak doskwiera po drugiej stronie sporu. Sam czasem odnoszę wrażenie, że pewien typ „Polaka-ateisty” zachowuje się dokładnie tak samo jak „Polak-katolik”, tylko „na abarot”. Potrzeba tymczasem czegoś innego.

środa, 21 października 2015
Po przerwie znowu wybory

Debaty przedwyborcze pokazały, że reguły polityki nie tak łatwo oszukać, i liderom, a właściwie liderkom, mianowanym czy namaszczonym przez liderów właściwych, którzy się z różnych powodów usunęli, brakuje cech przywódczych. Niewątpliwie najbardziej doświadczona premier Ewa Kopacz nie jest takim liderem jak Donald Tusk, który postanowił grać w lidze europejskiej; poza tym najwyraźniej nie czuje się dobrze w sytuacji debaty, nie każdy musi posiadać wszystkie talenty. Podobnie Beata Szydło, „w zastępstwie” Jarosława Kaczyńskiego, była zaledwie poprawna, przez dwa wieczory wygłaszała monotonnym głosem wyuczone formułki, jeśli miała za zadanie zbyt dużo nie stracić, to pewnie się udało, ale nic ponad to. Rozczarowała także Barbara Nowacka, która ma jeszcze bardziej skomplikowaną sytuację jeśli chodzi o liderów „za plecami”.

Bardziej wyraziści okazali się panowie, których ugrupowania nawet jeśli są mniejsze, to w ich osobach mają swych niekonwencjonalnych liderów: można oczywiście na przykład Janusza Korwin-Mikkego dyskwalifikować ze względu na skrajność poglądów i ekscentryczność zachowań, ale nie sposób odmówić mu pewnej konsekwentnej wizji rzeczywistości i pasji w jej przedstawianiu. W jego ślady stara się iść kontestujący Paweł Kukiz, w powszechnej zaś opinii objawieniem debaty był outsider - Adrian Zandberg z Partii Razem, który by osiągnąć to co w krótkim czasie osiągnął, musiał się autentycznie napracować, i dlatego był przekonujący. Nieco bardziej bezbarwny okazał się Ryszard Petru, a jakby w swojej własnej lidze grał lider PSL Janusz Piechociński, którego występ chyba wzbudził najmniej emocji i najtrudniej go ocenić.

Zachwiał się zatem w posadach system dwupartyjny, czy potencjalnie trójpartyjny, z dołączeniem Lewicy, ze względu na brak przywódczej charyzmy liderek. Paradoksalnie najmniej stracić może na tym Platforma, bo szczęśliwie Ryszard Petru nie błysnął, a w dodatku zostanie zapamiętany przede wszystkim z zaprezentowanej planszy, na której nic nie było widać. Lewica może stracić głosy na rzecz Partii Razem, a niektórzy wyborcy PiS zapewne odejdą, czy też powrócą, do Korwina i Kukiza.

Debata debatą, ale my pozostajemy jednak na gruncie systemu póki co dwupartyjnego, zdominowanego przez PO i PiS. Nadal uprawnione jest mówienie o „Polsce PO-wskiej” i „Polsce PiS-owskiej”, przy czym w miarę słabnięcia wiele lat rządzącej Platformy i wzrostu w siłę PiS (co najlepiej uwidoczniło się, gdy Andrzej Duda niespodziewanie pokonał Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich) okazało się, że „Polska PiS” jest lepiej zorganizowana, bardziej spójna, istnieje coś takiego jak liczny „żelazny elektorat” PiS, w związku z czym partia ta nigdy nie osiągnie wyniku wyborczego poniżej pewnego minimum. Stosunek elektoratu PO do swojej partii był nieco inny, bardziej jak indywidualnego klienta do dostarczyciela usługi politycznej pod nazwą „sprawowanie władzy”, jeśli więc pojawiły się w nieuchronny sposób zastrzeżenia do jakości tej usługi, to pierwszą myślą była rezygnacja z takiego usługodawcy i poszukania kogoś innego; tym co przy nim trzymało było nie kulejące poczucie wspólnoty, a coraz bardziej jedynie „strach przed PiS” i przekonanie, że Platforma przy wszystkich swoich wadach potrafi powstrzymać rządy Kaczyńskiego i spółki. No ale i to przekonanie straciło moc po ostatnich wyborach prezydenckich.

Charakterystyczny, i zasługujący na ocenę negatywną, był po tych wyborach triumfalizm zwycięzców, którzy niejednokrotnie wyrażali nadzieję, iż PO nie tylko nadchodzące wybory parlamentarne przegra, ale w ogóle się „posypie”, rozpadnie, będzie mieć problem z przekroczeniem progu wyborczego. Wskazywano na winy indywidualne wielu polityków partii, pełniących ważne funkcje, rozmaite afery, z „taśmową” na czele, nie zdobywając się na refleksję i nie zadając sobie pytania, czy przypadkiem nie chce się właśnie zrobić czegoś, co w demokracji jest naganne, a mianowicie pozbawienie znacznej części elektoratu jego politycznej reprezentacji. Można było, czy nadal można, odnieść wrażenie, że z punktu widzenia niektórych przedstawicieli „Polski PiS”, najlepszą opcją dla „Polski PO” jest posypać głowę popiołem i nawrócić się na jedynie słuszną wiarę w PiS, co oczywiście stawia pod znakiem zapytania całą polską demokrację, jeśli miałaby być tylko jedna licząca się partia.

Będę upierał się, że istnieje liczny „żelazny elektorat” Platformy i do swojej reprezentacji politycznej ma on prawo, nawet jeśli miałaby się ta reprezentacja znaleźć na pewien czas w opozycji. Elektorat ten powinien z podniesionym czołem głosować na kandydatów Platformy (tych, do których osobistej uczciwości dany wyborca jest przekonany – a jest cała długa lista do wyboru), tym bardziej, że przecież nie doprowadziła ona przez lata rządzenia, czy współrządzenia z PSL (także z opozycyjnym prezydentem Lechem Kaczyńskim, a obecnie Andrzejem Dudą) kraju do katastrofy, przeciwnie, udało się przetrwać światowy kryzys, co nieco wybudować, zagospodarować pieniądze z Unii, i choć nie wszystko było i jest idealne, to zawsze można poprawić, a co najważniejsze, nie ma gwarancji, że konkurencja polityczna poradzi sobie z problemami kraju lepiej.

Oczywiście takie samo prawo do wyboru PiS ma „żelazny elektorat” tej partii. W najidealniejszej sytuacji, świadomy wyborca powinien postawić sobie pytanie: wybór której listy będzie najlepszy dla mnie, mojej rodziny, miejscowości w której mieszkam, grupy czy klasy społecznej z którą się identyfikuję. A dalej, który z kandydatów na posłów z tej partii jest najbardziej wiarygodny, najlepiej rokujący. Tak właśnie postawione pytania, a nie dawanie wiary plotkom, teoriom spiskowym, fantazjom demagogów, popadanie w słabe uogólnienia, w rodzaju że dane rozwiązanie będzie lepsze „dla Polski”, cokolwiek miałoby to znaczyć, powinny być najważniejsze, a odpowiedź na nie decydująca przy urnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 135