RSS
niedziela, 15 listopada 2009
Kwaśniewski - 55 lat (2)

Dalej mamy wizyty zagraniczne prezydenta. Bynajmniej nie chronologicznie, na początku wymienione są olimpiady w Atlancie, Sydney i Atenach oraz mecz Korea - Polska na MŚ w tym kraju w 2002 roku. Czyli jeździł sobie dla przyjemności na atrakcyjne imprezy sportowe. Tu właściwie trzeba pochwalić: autor mógł jeszcze napisać, że Polska mecz przegrała 0:2, bo wcześniej brzydko hymn zaśpiewała Edyta Górniak, która leciała z prezydentem jednym samolotem, a ten "według niektórych komentatorów" zrobił jej dziecko. Tego nie ma. Potem bardzo skrótowo, że z Bushem, czy na pogrzebie papieża, a wreszcie ładny kwiatek, wizyta w Moskwie w rocznicę zakończenia II wojny światowej, 8-9 maja 2005. Przytoczone są jako swoisty informacyjny naddatek słowa prezydenta Putina: "Zawsze będziemy pamiętać o pomocy, której udzielili nam sojusznicy – USA, Wielka Brytania, Francja i inne państwa koalicji antyhitlerowskiej, a także niemieccy i włoscy antyfaszyści (...) składamy hołd wszystkim Europejczykom, którzy stawili czoło nazizmowi". Czyli Kwaśniewski winien jest tego, że był obecny przy poniżeniu Polski, niewymienionej przez rosyjskiego prezydenta.

Dalej znów trochę suchych faktów, i dochodzimy do polityki legislacyjnej. I co tu czytamy? "W 1999 zawetował ustawę wprowadzającą liniowy podatek PIT. Zdaniem niektórych ekonomistów zmiany w podatkach mogłoby przyczynić się do zmniejszenia bezrobocia w Polsce". Trzy kwestie tu się czają: błąd gramatyczny, błąd merytoryczny (tamta ustawa wcale nie wprowadzała podatku liniowego, nigdy w Polsce takiej próby nie podjęto), no i słynni "niektórzy ekonomiści", w roli "niektórych komentatorów". Tym razem Kwaśniewski w roli niszczyciela miejsc pracy.

Potem o ułaskawieniach, z podaniem liczby ułaskawionych (4245 osób) i z wymienieniem nazwisk Sławomira Sikory, Zbigniewa Sobotki i Petera Vogla (o dwóch ostatnich przeciwnicy mieli do niego pretensje, więc akurat oni z 4245 zostali wymienieni).

Można następnie poczytać o orderach, rodzinie, działalności po prezydenturze, i zdumiony czytelnik napotyka słowo: Krytyka. Aha, czyli do tej pory to było obiektywnie, czy nawet pozytywnie. A teraz proszę: szczegółowe opisy historii z wykształceniem przy wyborach w 1995 roku, kontakty ze szpiegiem Ałganowem, problem z "golenią" w Charkowie, dostaje mu się też za gest ministra Marka Siwca całującego Ziemię Kaliską na wzór papieża, odmowę zeznań przed komisją w sprawie afery Rywina, a także alkoholowe ekscesy w kampanii wyborczej roku 2007 ("choroba filipińska"). Bynajmniej nie są to akapity 4-linijkowe, a znacznie dłuższe. Na końcu 8 jeszcze punktów w rozdziale "Inne zdarzenia", od akcji Polisy po taśmy Oleksego, czyta się to wszystko jak akt oskarżenia.

Mogło być jeszcze gorzej - jak się wejdzie w zakładkę "dyskusja", to mamy tam wiele zarzutów różnych radykałów, że to właściwie za dobrze jest napisane, że nie ma na przykład o rzekomej zbrodniczej przeszłości ojca Kwaśniewskiego, pada zdaje się nazwisko „Stolzman”, itp.

Przypomniała mi się jedna z ciekawszych książek, wydanych w latach 80-tych w drugim obiegu: „Struktura kłamstwa” Piotra Wierzbickiego. Autor demaskował w niej liczne chwyty propagandowe czasów realnego socjalizmu. Pojęcia takie jak „informacja z naddatkiem” to właśnie z tej książki. A także zauważone tu przeze mnie: informacja przemieszana z komentarzem, i oczywiście słynne „zdaniem komentatorów”, u Wierzbickiego było „zdaniem obserwatorów”, na przykład gdy polski czy rosyjski propagandysta chciał skrytykować politykę Ronalda Reagana, to zamiast pisać co sam myśli, używał zwrotu: „zdaniem obserwatorów”, niby niezależnych, zewnętrznych, obiektywnych. Można powiedzieć, że tamci specjaliści znaleźli dzisiaj godnych naśladowców, w tym także autorów piszących do bądź co bądź encyklopedii.

Jak zatem pisać o politykach, do niedawna bądź wciąż jeszcze aktywnych? Wydaje mi się, że jak najmniej, i głównie oczywiste, nawet suche, fakty. Wiadomo: każdy polityk jest krytykowany, ciągle mu się coś zarzuca, robi z igły w postaci różnych błahych wypowiedzi czy zdarzeń widły stawiania przed Trybunałem Stanu. Ale jeśli nie ma to tego typu konsekwencji, to po co o tym pisać? W ten sposób można stworzyć odpowiedni portret każdego, na przykład o Tusku napisze się, że „zdaniem komentatorów, stał się źródłem przecieku w aferze hazardowej”, o Jarosławie Kaczyńskim: „według niektórych poglądów, jest homoseksualistą”, i podobne rewelacje. Być może nie ma się czym przejmować, bo to „tylko Wikipedia”, i czego tu wymagać, ale jednak wiele osób korzysta, i dobrze by było, gdyby zdawały sobie sprawę z przekraczania reguł i manipulacji, których różni gorliwcy tam się dopuszczają. Dobrze że chociaż nie za państwowe pieniądze, jak w IPN.

Kwaśniewski - 55 lat (1)

Zdaniem wielu, w tym także niżej podpisanego, był najlepszym dotychczas prezydentem Polski. Nigdy na niego nie głosowałem, ale i bez tego głosu wygrywał (w roku 2000 - w pierwszej turze, co było swego rodzaju votum zaufania od społeczeństwa po pierwszej kadencji). Parę ważnych rzeczy przez "jego" 10 lat kraj osiągnął: Konstytucję, NATO, przede wszystkim UE. Przy wszystkich swoich niedoskonałościach, był Aleksander Kwaśniewski politykiem przyjaznym ludziom. Inaczej niż choćby jego następca, nie dzielił Polaków na lepszych i gorszych. Nawet jeśli dla niektórych sam fakt, że on właśnie był prezydentem, stał się obrazą Boga i Ojczyzny.

Ten wpis jednak nie jest po to, by wystawić Kwaśniewskiemu laurkę, przyświeca mi zupełnie inny cel. Zajrzałem bowiem do Wikipedii, która przy wszystkich swoich wadach jest najpopularniejszą internetową encyklopedią, a tym samym może najpopularniejszą w ogóle. Muszę przyznać, że choć wiele artykułów mnie nie zadowala, bo jest zbyt po łebkach napisanych, to jednak często korzystam, doceniając zaangażowanie różnych fachowców i hobbystów, którzy w wielu wypadkach potrafią przygotować profesjonalny, szczegółowy artykuł, zawierający cenne informacje.

A jak jest w przypadku hasła: "Aleksander Kwaśniewski"? Pierwsze co się rzuca w oczy to naturalnie fotografia. Prezydent w ciemnym garniturze stoi na tle dekoracji z niebieskimi unijnymi gwiazdkami, wszystko w takiej tonacji, żadnego akcentu biało-czerwonego, choć przecież był prezydentem Polski, a nie Unii. Czytamy początek, ostatnie zdanie jeszcze przed spisem treści informuje, że Kwaśniewski to: "Przewodniczący Europejskiej Rady ds. Tolerancji i Pojednania, powołanej przez Europejski Kongres Żydów do zwalczania przejawów rasizmu i antysemityzmu w Polsce". Ot taka informacja na jednym tchu z wcześniej podaną, że był w latach 1995-2005 prezydentem. Nie można przy tym kliknąć ani na wzmiankowaną Radę, ani na wymieniony Kongres, z czego wniosek, że nie poświęcono im w Wikipedii osobnych haseł. Jest odnośnik do wywiadu z Kwaśniewskim, w którym on informuje, że przewodniczącym został, ale trudno z lektury wysnuć wniosek, iż cała ta "żydowska" rada wzięła sobie na celownik właśnie Polskę, Kwaśniewski zaś ochoczo pospieszył, żeby wspólnie z Żydami Polakom dokopać. Podejrzewam, że stworzenie takiego wrażenia było intencją zamieszczenia tej zmanipulowanej informacji.

 

Dalej mamy sformułowanie, jak to przyszły prezydent został "skreślony z listy studentów" Uniwersytetu Gdańskiego, zapewne wystarczyłaby informacja, że nie ukończył studiów, tak to się zwyczajowo pisze. Dalej jest w miarę obiektywnie, aż do roku 1993: "Po wygranych przez SLD i PSL wyborach parlamentarnych w 1993 roku odmówił stanięcia na czele rządu, cedując stanowisko premiera na rzecz Waldemara Pawlaka (spotkało się to z komentarzami niektórych mediów, że w ten sposób chce uniknąć utraty popularności przed wyznaczonymi na 1995 wyborami prezydenckimi)". Czyli cwaniak, wypchnął Pawlaka, a ani słowa na przykład o tym, że premier z PSL był bardziej do zaakceptowania w ówczesnym Sejmie i przez prezydenta Wałęsę. No i oczywiście słynne: "komentarze niektórych mediów", "ludzie mówią". Jest to wyraźnie sprzeczne z regułami obowiązującymi w Wikipedii, nie pamiętam w tej chwili angielskiej nazwy tego chwytu. Podobnie w rozdziale dotyczącym lustracji: "Według niektórych historyków...", że jest agentem o numerze 72204, mimo iż sądy orzekły coś przeciwnego. Ale "niektóre media" i "niektórzy historycy" wiedzą swoje.

Dalej mamy 4 linijki o wejściu do NATO i tyle samo poświęconych relacjom polsko-żydowskim, sprowadzonych do sprawy przeprosin w Jedwabnem. Po encyklopedii spodziewałbym się podania faktu, przeprosił, oddał hołd, tymczasem tu mamy najpierw podkreślenie faktu obecności ambasadora Izraela (sugestia: kajał się, sługus żydowski), a dalej komentarz: "spotkało się to także z krytyką środowisk nie poczuwających się do odpowiedzialności Polaków za zbrodnię, jak i tych podkreślających, że prezydent nie ma prawa przepraszać w imieniu całego narodu".

Więcej jest o relacjach z Kościołem katolickim, dość głupie zdanie na początku: "Prywatnie Aleksander Kwaśniewski jest ateistą". A nieprywatnie człowiekiem wierzącym?

W akapicie poświęconym "pomarańczowej rewolucji" na Ukrainie, znów mamy "komentatorów", tym razem trzeba podkreślić, że nie było ich tak znowu wielu, a więc: prezydent RP mediował, "odgrywając według części komentatorów istotną rolę w pokojowym rozwiązaniu kryzysu politycznego".

sobota, 14 listopada 2009
Świeckość

Strasbourg poróżnił się z Rzymem o krzyże w szkołach. O dziwo, bez polskiego udziału, choć zajęliśmy stanowisko ustami prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jak jednak podważa się wyroki ze Strasbourga, to ktoś może powiedzieć, że w takim razie również ten odnośnie roszczeń niemieckich wypędzonych jest do podważenia, dlatego ja bym z tym uważał.

W sprawie krzyży w szkołach chciałbym naprawdę krótko: świeckość też jest wartością. Krytykowano w ostatnich dniach koncepcję czystej ściany, proponowano by powiesić tam i krzyż, i emblematy innych religii, może coś (co?) dla ateistów... Tak jakby nie prościej było przyjąć zasadę, że przestrzeń publiczna jest dla wszystkich, i nie ma w niej miejsca na faworyzowanie jednych kosztem drugich.

W Polsce niestety świeckość państwa nie jest wcale rzeczą przesądzoną. Z dobrodziejstwa demokracji korzystają również, wcale liczni, zwolennicy katolickiego państwa Narodu Polskiego, i liberalna demokracja musi się przed nimi potrafić obronić. Jest rzeczą oczywistą, że w takiej sytuacji religijny emblemat może mieć charakter agresywny, wskazujący kto tu rządzi, i zmniejszający poczucie bycia u siebie wszystkich, których znakiem ten emblemat nie jest.

Nawet gdyby absolutnie wszyscy zainteresowani, uczniowie i nauczyciele przychodzący do danej klasy szkolnej, identyfikowali się z krzyżem, to i tak nie należałoby go wieszać, bo przecież w każdej chwili może pojawić się ktoś - mający prawo i obowiązek chodzenia do szkoły - niepasujący do ustabilizowanej grupy. Cudzoziemiec, innowierca, wolnomyśliciel. Zamiast stwarzać takie sytuacje, lepiej od razu nie wieszać, i cieszyć się z tego. Powstrzymanie się od umieszczania symboli religijnych może być aktem głęboko moralnym i bardzo humanistycznym.

Jeszcze jeden jest aspekt, na króry bodaj nikt nie zwrócił uwagi. Oczywiście, mogą być krzyże w szkołach. Prywatnych, katolickich, czy prowadzonych przez innych chrześcijan. I tam jak najbardziej na miejscu jest krzyż, czy modlitwa przed lekcjami, albo posiłkami w szkolnej stołówce. Ale właśnie żeby odróżnić świecką szkołę publiczną od szkoły wyznaniowej, należy w tych pierwszych zostawić białe ściany.

Nie jest to działanie antychrześcijańskie, czy przeciwko Kościołowi katolickiemu. W takim samym bowiem stopniu dotyczy wszystkich - nie powiesi niczego muzułmanin, wyznawca judaizmu, komuniście też się nie pozwoli na portret Marksa, czy Che Guevary. Można być wolnym religijnie i nie pakować się ze swoim symbolem wszędzie, gdzie dusza zapragnie. Niestety, w niektórych krajach europejskich, i niestety katolickich, te proste zasady są zupełnie niezrozumiane.

piątek, 13 listopada 2009
Wałęsa w Berlinie

Trzeba przyznać, że miał swoje pięć minut... choć zdaniem kogoś tam w Rosji, to i tak było za dużo. No, oni też potrafią być małostkowi. Trafiłem akurat w telewizji na jego wystąpienie, i jak przewracał kostkę domina. Ciekawe, że Niemcy dali mu do towarzystwa Miklosa Nemetha, premiera (jeszcze "komunistycznego") Węgier, który otworzył wtedy granicę do Austrii i NRDowcy mogli masowo uciekać. W Polsce w ogóle się o tym panu nie mówiło. No dobra, wiadomo, nasz Lech ważniejszy. Coś tam dali mu przez te 5 minut powiedzieć.

Mnie muszę przyznać podczas jego przemówienia troszkę zazgrzytało. Po pierwsze, jak to Polak katolik, powołał się na Jana Pawła II. Zupełnie jakby polski papież stał w tamtym czasie na czele ruchu wyzwolenia nie tylko Polski, ale całej Europy za żelazną kurtyną, w tym byłej NRD. Jest tu taki problem, że oni właściwie są jak nie całkiem ateistyczni, to agnostyczni, a jeśli jakaś tradycja religijna jest obecna, to protestancka. I rzeczywiście, pewien pastor z Lipska nazwiskiem Fuehrer (naprawdę!) odegrał swoją rolę w wydarzeniach. Generalnie jednak to co się działo miało charakter zupełnie świecki i nie ma potrzeby im tak tego katolickiego papieża na siłę wpychać. Telewizyjny tłumacz Wałęsy na niemiecki chyba się z tego wszystkiego spocił, bo gdy Lechu wypowiedział znienacka słowa "W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego", zdążył przetłumaczyć jedynie tego Ostatniego (chyba należy przez wielkie O pisać, na wszelki wypadek).

Druga sprawa: stwierdził Wałęsa, że nie ma co tu podkreślać zasługi polityków, tylko to ludy, narody, w tym NRDowski. Sprytnie trochę, bo on sam właściwie w tamtym czasie jeszcze politykiem nie był, tylko właśnie reprezentantem ludu i narodu. Taka trochę szpileczka w bok kolegi po Noblu Gorbaczowa. Jednak jak napisał swego czasu w pamiętnym felietonie Jerzy Pilch, jeżeli dyktator (a był Gorbi nie byle jakim dyktatorem, bo jednego z dwóch supermocarstw) może strzelać do tłumów, a nie robi tego, i ustępuje, to jest to jego zasługa, i trzeba być wdzięcznym. I nie gadać, że politycy nic tu się nie przysłużyli. W końcu, powiedzmy sobie szczerze, mógł te Niemcy Wschodnie traktować nadal jako słuszną wojenną zdobycz, i gdy widział że wszystko się zaczyna walić, zrobić coś bardzo nieprzyjemnego. Dla Niemców, Polaków, Rosjan, wszystkich. A nie zrobił.

Wpadł mi wczoraj w ręce najnowszy Newsweek, zauważyłem że chyba ten tygodnik najczęściej jest wspominany na tym blogu, ale to może ze względu na to, iż nie zgadzam się z nim w takim stopniu, jak na przykład z Polityką. W Newsweeku artykuł Klausa Bachmanna, niemieckiego profesora pracującego w Polsce (taki Steffen Moeller na poważnie, ale też fajny) o latach 89-90. I muszę przyznać, że mnie Bachmann zaskoczył, bo wspomina, jak to w okresie po upadku muru a przed zjednoczeniem Niemiec ziomkostwa robiły akcję na Śląsku, żeby może to zjednoczenie odbyło się w nieco poszerzonych granicach, a nie tylko RFN i NRD. Współpracowali w tym celu z działaczami mniejszości niemieckiej - prawdziwą zdaniem Bachmanna "piątą kolumną". Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem, jak i też o tym, że gdy kanclerz Kohl podpisał w końcu traktat graniczny, to w gminach rządzonych na Śląsku przez MN biły dzwony - na znak żałoby, że już, jak to się mówi chyba na Śląsku też, po ptokach, i nie będzie Rajchu. No, a teraz jednak o Polityce będzie. Bo był tam niedawno poważny autoryzowany wywiad z Gorbaczowem, i ja jestem ciekaw, dlaczego nikt go nie spytał, czy on wtedy w latach 1989-90 byłby gotów realizować zobowiazania sojusznicze (wtedy jeszcze) wobec Polski i bronić jej granicy zachodniej, jakby przyszło co do czego. Bardzo mnie to zastanowiło. Niestety, pytanie takie nie padło ani nie padnie, jest par excellence politycznie niepoprawne (w Polsce) bo kryje się tu założenie, że jednak to Imperium Zła coś pozytywnego dla Polski zrobiło, mianowicie gwarantowało przez lata granicę na Odrze i Nysie. Niby drobiazg, ale jednak dla wielu, w tym niżej podpisanego, bardzo ważny.

Chociaż trzeba też przyznać - mieliśmy wiele szczęścia. Że dane nam było znaleźć się w momencie, gdy decydowali Gorbaczow, Bush senior, pani Thatcher, Helmut Kohl. Ale także i Jaruzelski. I mieli coś do powiedzenia Jan Paweł II oraz Lech Wałęsa, czy Vaclav Havel. Bo przecież to co się wydarzyło w Gdańsku, w Berlinie, w Pradze, w Wilnie, także w Moskwie, to był jakiś cud. Wszystko mogło skończyć się zupełnie inaczej, miliony mogły podzielić los Nicolae i Eleny Ceaucescu. A jednak... już nie będę się entuzjazmował, w jakim punkcie znajdujemy się dzisiaj, Unia Europejska, otwarte granice... Parafrazując piosenkę chyba właśnie z tamtego okresu: mamy 20 lat, własną miłość, własny świat. I oby tak dalej.

czwartek, 12 listopada 2009
Niepodległość

Kilka uwag, żeby dać znak życia... Pamiętam jak kiedyś Jan Olszewski, premier o wyglądzie srogiego dyrektora szkoły, zadał pytanie: czyja będzie Polska. Prowokacyjne dość w swej treści, ale jednak źle postawione. No jasne, miał pewnie na myśli, że powinna być Polaków, zwykłych, czy lepiej, prawdziwych. Ja wolę pytanie, jaka będzie Polska, bo wiadomo że będzie wszystkich, i każdy swój kawałek w niej znajdzie.

To właściwie jest proste, zależy mi bowiem na tym, by Polska była krajem tak zwanej liberalnej demokracji. Późno jest, nie będę wymyślał tu ad hoc definicji, założę że można sobie samemu wykombinować, przeczytać gdzieś, w ostateczności spytać niżej podpisanego, co miał na myśli :-) Jest to moim zdaniem zagadnienie kluczowe i centralne, i takie powinno być pierwsze pytanie stawiane politykom, a właściwie nikt go nie stawia: czy chcecie, by w Polsce była liberalna demokracja.

Sądząc po liczbie komentarzy pod artykułami netowymi, najpopularniejszą postacią ostatnich dni był, a jakże, prezydent Lech Kaczyński, który udzielił wywiadu Telewizji Polskiej. Z wywiadu, jak i jego wcześniejszych wypowiedzi, także jego brata, wynika, że obóz prezydencki związany z partią Prawo i Sprawiedliwość wcale nie tak stawia sprawę i właściwie nie chce, by w Polsce była liberalna demokracja. Im się marzy coś takiego, że mianowicie silna, potężna i dobra Polska cofa się w czasie mniej więcej do lat trzydziestych ubiegłego wieku, i ma taką pozycję, że sąsiedzi nie ważą się jej atakować, historia przybiera zupełnie inny obrót. No bo to mniej więcej wynika z tego co prezydent opowiada, iż komuś tam w Europie zależy na tym, by Polska była słaba. A jakby udało się cofnąć do wtedy, to może i wcześniej, jak decydowały się sprawy, które mocarstwo podbije ogromne przestrzenie na wschód od Warszawy i na zachód od Moskwy. Kłopot w tym, że oni mogą nie zauważyć, że w czasie cofnąć się nie da, i wszczynać jakieś awantury w sytuacji obecnej.

Zaprzeczeniem liberalnej demokracji jak ja ją rozumiem jest trzymanie się XIX-wiecznej nacjonalistycznej zasady kto kogo w stosunkach międzynarodowych, zamiast polityki negocjacji i współpracy. W sprawach wewnętrznych jest to między innymi ograniczanie praw i wolności obywatelskich w imię walki z korupcją. Ale także i inne sprawy, wiele jest argumentów, że Polska nie jest państwem świeckim, tylko dość bliskim wyznaniowemu, ograniczane są prawa kobiet, podsycana niechęć do mniejszości seksualnych i innych, wciąż jeszcze mocno obecny jest duch zemsty na wszystkich podejrzanych o związki z poprzednim systemem (bardzo ładnie zachował się w ostatnim czasie Andrzej Seweryn, dając swego rodzaju świadectwo, i nawet redaktor Cieślik w Newsweeku mu o dziwo przyklasnął).

Platforma, jak i jej lider premier Tusk, irytują, wywołują niesmak, ciągle się mówi, panowie, to nie tak... A jednak wydaje się, że nawet intuicyjnie jakoś jest im bliżej niż ich głównym konkurentom do tego, co rozumiem przez liberalną demokrację. Robią błedy, być może rozwali się coś w gospodarce (liberalne demokracje zachodnie kryzys dotknął w stopniu poważnym), ale pewne reguły, pryncypia, imponderabilia, chciałoby się wierzyć, zostaną zachowane. Najważniejsze to nie ulec pokusie autorytaryzmu, łatwych rozwiązań, czy może jeszcze czemuś ważniejszemu, mianowicie pokusie nadania Polsce takiego prawdziwego, wymarzonego przez niektórych ludzi oblicza. Tego co im się marzy, nie należy życzyć normalnym, spokojnym ludziom.

czwartek, 29 października 2009
Franz

Niesamowite, i to dopiero jest cud: po moim wczorajszym napisaniu, dzisiaj pojawiły się nowe elementy w sprawie "cudu w Sokółce". Wypowiedzieli się naukowcy, w tym współpracownicy autorki opinii że mamy do czynienia z fragmentem ludzkiego serca, ponoć bardzo religijnej pani profesor. Pojawiły się dwie teorie, jedna, że to bakteria, druga, że może być to fragment tkanki zwierzęcej, ale niekoniecznie ludzkiej. Tymczasem arcybiskup białostocki zamyka corpus delicti w szczelnym sejfie i czeka na ekipę z Watykanu. To jak to jest z tym kościelnym dążeniem zawsze i wszędzie do prawdy?

No ale jest i inny temat: mamy nowego trenera piłkarzy. Został nim, jak było to zapowiedziane, Franciszek "Franz" Smuda, 61-letni szkoleniowiec, znany z sukcesów krajowych, i umiarkowanych zagranicznych, drużyn klubowych, które prowadził. Faworytem PZPN zrazu nie był, dopiero potem nagle przekonali się do niego, głównie po to, by uspokoić kibiców. Swoją drogą, nie mogę się nadziwić, jak perfekcyjnie ustawiony jest ten PZPN. Bo co im szkodzi powołać Smudę. To oczywista oczywistość jak mawia klasyk z trzech powodów: uspokoją nastroje zirytowanych kibiców i kpiących dziennikarzy, jak Smudzie się nie powiedzie, to ogłoszą, że niepotrzebnie wsłuchali się w głos opinii publicznej i od tej pory będą już sami wyznaczać, a jak się powiedzie, to pod ten jego sukces się najzwyczajniej podczepią. Geniusz PZPN polega na tym, że oni zawsze wyjdą na swoje. Nawet jak ludzie wściekają się na nich, wyzywają od najgorszych, to też robią to w imię miłości do reprezentacji Polski, która jest produktem PZPN, i na tej miłości związek zarabia. Jak drużyna gra dobrze, związek zarabia, jak gra źle, też zarabia, bo wszyscy się interesują, angażują, martwią... pewnie nawet niestety z tego mojego zaangażowanego wpisu może PZPN odnieść jakiś mikroskopijny ale wymierny zysk. A co dopiero gdy Palikot robi show i śpiewa jebać PZPN. Można ich... właśnie to, ale oni i wtedy wyjdą na swoje. Nie można z nimi nic, ale to nic, zrobić, bo kryje ich PZPN PZPNów, czyli FIFA, czy tam po drodze jeszcze UEFA. Przyznał to nawet premier Tusk u redaktora Lisa. Tak naprawdę problemy zaczęłyby się wtedy, gdyby zainteresowanie w Polsce piłką nożną spadło do poziomu piłki, bo ja wiem, wodnej. Ale nie jest to możliwe, zwłaszcza w perspektywie Euro 2012, na którym PZPN też zarobi.  Tomasz Jastrun w Newsweeku napisał, jak to żona go naiwnie spytała, czy tej polskiej reprezentacji nie dałoby się w ogóle rozwiązać. Na co odpowiedział: prędzej byłoby można rozwiązać naród.

Muszę się jeszcze przyznać, że choć generalnie zgadzam się z krytyką PZPN i w przypływie dobrego humoru podśpiewuję Palikotową przyśpiewkę, to jednak za cholerę nie potrafię ujrzeć bohatera totalnie negatywnego w osobie Grzegorza Laty. Z tego prostego powodu, że reprezentacja Polski jaką pamiętam to był Grzegorz Lato. Jak on był, grała dobrze, i liczyła się w świecie. Jak go zabrakło, przestała dobrze grać. Podobne emocje, choć na mniejszą skalę, wzbudza też we mnie trener Piechniczek. Oczywiście przeszłe sukcesy nie upoważniają ich do tego, by szkodzili polskiej piłce nożnej AD 2009. Pewien sentyment jednak pozostaje.  

A Franzowi oczywiście życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.

środa, 28 października 2009
Cud

Podobno w Sokółce zdarzył się cud eucharystyczny. Mianem tym określa się sytuację, w której konsekrowana hostia, w Kościele katolickim uważana za ciało Chrystusa, rzeczywiście staje się, w całości lub części, kawałkiem mięsa, choć może nieprzystojne to słowo w takim kontekście.

Sprawa wpisała się można powiedzieć w kontekst polskich międzyludzkich i międzywyznaniowych relacji. Katolicy wprawdzie nie są do końca pewni swego, ale zajmują pozycje triumfalistyczne, bo nawet jeśli to nie jest to, to przecież mogłoby być, a wy niewierzący jesteście ułomni. Z kolei mniejszość ateistyczna, w osobach ludzi związanych z portalem racjonalista.pl, wystosowała donos do prokuratury, z sarkazmem argumentując, że jeśli jest tam kawałek ludzkiej tkanki, to trudno przypuszczać, by należała ona do człowieka żyjącego na Bliskim Wschodzie 2000 lat temu, a więc trzeba przeprowadzić śledztwo.

Taki jest niestety u nas dialog, zamiast szukać zrozumienia i respektować wzajemne pozycje zarówno niewiary jak i wiary, to jedni szukają cudów na potwierdzenie swoich racji, a drudzy szydzą z tego, co dla innych jest święte. Tymczasem tego typu okazje powinny przede wszystkim uruchomić dążenie do wyjaśnienia zjawiska, nie prokuratorskiego, a takiego jakie jest dostępne, a więc naukowego. Ponoć hostia z nietypowym fragmentem została wstępnie zbadana, jednak nie zostały przeprowadzone analizy na poziomie genetycznym, co mogłoby dać odpowiedź na pytanie, o jaką formę organizmu chodzi. Kościół zamknął temat za swoimi drzwiami, ogłoszono że jawnego oszustwa nie było (kto to może wiedzieć na pewno...) i sprawa jest, mówiąc modnym ostatnio językiem służb specjalnych, rozwojowa. Teraz Watykan zapewne będzie się długie lata zastanawiał, w Sokółce pomału rozwijać się będzie kult, a stosunki międzyludzkie pozostaną nacechowane wzajemną nieufnością, podejrzliwością i pretensjami. Czy aby na pewno Pan Bóg chciałby jeszcze w taki sposób wzmacniać pozycję Kościoła katolickiego w Polsce?

Zawsze się zastanawiam, że przecież tyle jest z historii przytoczonych faktów tajemniczych i niewyjaśnionych, potwierdzających różne wierzenia religijne. Nie tylko cuda w katolicyzmie. Każda chyba religia ma tego typu wydarzenia w swoich kronikach. Ja jednak nigdy niczego takiego nie widziałem. Można powiedzieć, że cuda, owszem, zdarzają się, ale zawsze gdzieś daleko, albo kiedyś dawno. Jest oczywistością w świecie katolickim, że, na przykład, w Fatimie i Lourdes objawiła się Matka Boska. A ciekawe, jak to wyglądało naprawdę. Wydaje mi się, że takie dążenie do prawdy z użyciem metod naukowych powinno w dzisiejszych czasach być standardem. Niestety nie jest to jedyna okazja, przy której mówimy, że nauka czegoś nie zbadała, z najróżniejszych powodów.

  

środa, 21 października 2009
Rocznice

I tak mamy 3 lata blogowania tu mojego nieregularnego.

To kilka dni temu. A dokładnie dzisiaj 3 lata mijają od samobójczej śmierci gimnazjalistki Ani Halman. Pisałem o tym w stosownym czasie.

Minęło również 25 lat od śmierci księdza Jerzego. Zasługuje na osobny wpis. Obiecuję jeszcze w październiku.

A wracając do Ani, to potępiając jej otoczenie, które nie zapobiegło tragedii, i jednocześnie broniąc Romana Polańskiego (inna dziewczynka, inny czas - podobny wiek) mam świadomość pewnej niekonsekwencji. Ale mam też pomysł, który nie będzie zrealizowany, mianowicie żeby Romana wypuścić z więzienia, i żeby za pokutę zrobił film o Ani.

środa, 14 października 2009
Dwa cytaty
Szybciutko dwa okolicznościowe cytaty z okazji odwołania szefa CBA:

Prof. Wiktor Osiatyński (w Przeglądzie, polecam cały wywiad):
- Jaki jest mój największy zarzut do braci Kaczyńskich? On jest nie o to, że chcieli władzy, nawet nie o to, że chcieli kontroli nad wszystkim, choć to już było niebezpieczne, ale o to, że do swoich celów politycznych, od początku, od założenia Prawa i Sprawiedliwości, rozbudzali i umacniali najbardziej podłe, najbardziej nikczemne instynkty i uczucia międzyludzkie. Zawiści, zazdrości, zemsty, strachu, wrogości, małostkowości. Mnie się to nie podoba. Mnie interesuje to, żeby "anteny" mieć nastawione na to, co jest dobre, a nie na to, co jest źle.

Mariusz Janicki z Polityki: Ludzie PiS często się dziwią, dlaczego tak konsekwentnie są atakowani. Jest tak, ponieważ ich świata nie da się częściowo akceptować, to jest całość – z własną, paradoksalną logiką, gdzie oprócz prawdy i fałszu są jeszcze insynuacja, domniemanie, słynne „nieprawidłowości” jako substytut przestępstwa, którego nie sposób dowieść, czy „mogło dojść do...”. Za każdym razem, kiedy prezes Kaczyński mówi o „kręgu podejrzeń”, przypomina wszystkim, dlaczego jego partia przegrała w 2007 r. i że powód tamtej klęski wciąż istnieje.

poniedziałek, 12 października 2009
No coś podobnego!

Myślałem, że w polskiej piłce nożnej nic już nie zdoła mnie zadziwić (poza tym oczywiście, że nagle zaczną dobrze grać), a tu dzisiaj propozycja Mariusza Lewandowskiego, który niedawno został kapitanem polskiej reprezentacji, pod adresem federacji słoweńskiej: jak dostarczą odpowiedniej motywacji młodym polskim piłkarzom, to ci może wygrają ze Słowacją, i dzięki temu Słowenia zakwalifikuje się do mistrzostw.

Jest to coś potwornie obrzydliwego zwłaszcza w kontekście ostatnich wyników reprezentacji. Nie chcę używać mocnych słów w stylu "napluł kibicom w twarz", ale zachciewa się naprawdę rozwiązań radykalnych. Gdyby FIFA miała jaja, a nie mieli sami opinii lepszych kombinatorów, to coś by zrobiła z tym, nie wiem, walkower dla Słowacji, i jeśli Słowenia z San Marino wygra, dodatkowy mecz Słowacji ze Słowenią o awans... a Polska w ostatnim koszyku podczas kolejnego losowania. Mam słoweńskich przyjaciół, i jest mi autentycznie wstyd wobec nich, na szczęście chyba nie interesują się tak bardzo piłką, to może nie zauważą.

Może myślał, że sobie robi żarty, ale nieważne, nie wolno tak żartować. Nie w jego sytuacji, kapitana nieudaczników. To on właśnie spowodował ten nieszczęsny karny, po którym w Polsce znienawidzony został angielski sędzia Webb. Wtedy za Polskę w kontekście piłki kopanej wstydziłem się poprzednim razem. Może nie tyle za piłkarzy, co za tzw. kibiców, z premierem rządu RP na czele.

Aby zmienić nastrój na nieco lżejszy, przypomnę podobną sprawę sprzed lat. Rok 1974, mistrzostwa świata w RFN. Reprezentacja Polski gra jak z nut i po zwycięstwach z Argentyną 3:2 i Haiti 7:0 zapewnia sobie pierwsze miejsce w grupie, której faworytami są wicemistrzowie świata z roku 1970, Włosi. Argentyna aby zająć premiowane awansem drugie miejsce musi wysoko pokonać Haiti i liczyć na wygraną Polski z Włochami. Polacy mogą odpuścić, Włochom wystarczy remis... W tej sytuacji Argentyńczycy udają się do jednego z gwiazdorów polskiej drużyny, nazwiska na wszelki wypadek nie podam, kto chce może sobie łatwo wygooglać, i proponują deal, czy jak to się tam po hiszpańsku nazywa. Odpalą Polakom pewną sumę, żeby ci wygrali z Włochami. Gwiazdor sprawę przyklepuje i przystępuje z kolegami do gry. Polska wygrywa 2:1, Włochy odpadają. Szkopuł w tym, że gwiazdor wcale nie powiedział o niczym pozostałym zawodnikom, i sam zgarnął pieniądze... a oni tak byli rozpędzeni, że wygrali z Włochami bez żadnej dodatkowej motywacji.

Sprawa wyjaśniła się ostatecznie podobno dopiero po 30 latach, w roku 2004. No bo jednak było głupio, i wstyd. A dzisiaj ten jak coś chlapnie... Druga zaś różnica to ta, że tamten piłkarz, to przynajmniej był piłkarz, co się zowie! I jego koledzy. Nawet zrobieni przezeń nieco w bambuko. Walczyli o mistrzostwo świata. Ówcześni rywale dość szybko wyszli na swoje: w kolejnym turnieju triumfowali Argentyńczycy, w następnym Włosi. W obu przypadkach zrewanżowali się Polakom, pokonując ich po drodze po 2:0. Ale to i tak jeszcze były dobre czasy polskiej piłki.

Ach, o czymś zapomniałem... mianowicie o sumie, o którą wtedy chodziło. To jest najśmieszniejsze: 20 tysięcy dolarów. W zamyśle, do podziału na całą drużynę. Dzisiaj za tyle to jeden z drugim by butów nawet nie zawiązał... 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24