Gangsterom trzeba się stawiać, żeby czuli się mniej bezkarni
Znane są - mam nadzieję, że nie z własnych niczyich doświadczeń - opowieści, jak to gdzieś mafia, czy inna ogranizacja przestępcza, terroryzuje lokalną społeczność. I nikt nie chce się postawić, bo wie, że oni nie przestrzegają żadnych standardów, zdolni są do wszystkiego, a więc normalny człowiek, który ma skrupuły i boi się "iść na całość", nie ma szans. Jedyne co może to położyć uszy po sobie i liczyć na to, że nie stanie się obiektem zainteresowania gangsterów.
Podobnie Polaków terroryzuje PiS i ludzie pokroju Ewy Stankiewicz. Dlatego ja w najmniejszym stopniu nie jestem zbulwersowany postępowaniem posła Stefana Niesiołowskiego. Ani anty-Kaczyńskimi wystąpieniami posła Janusza Palikota. Po prostu ktoś odważył się odpłacać im pięknym za nadobne. Dla sterroryzowanej społeczności rzecz bezcenna. Oczywiście chciałoby się zachować pięknoduchostwo i moralną wyższość. Ale z gangsterami najlepiej ostro, ich własnymi metodami.
Gdy Lech Kaczyński został pochowany na Wawelu, zadawano pytanie w zamierzeniu retoryczne: czy jest on "godzien królów"? Ja bym z tym uważał, ponieważ owi królowie wcale tacy znowu wielcy nie byli. Specyficzny problem Polski polega na tym, że w nowożytnych czasach dynamicznego rozwoju, zapoczątkowanego w wieku XIX, była rządzona przez obcych. A później krótka niepodległość, potem wojna i okupacja, potem eksperyment realnego socjalizmu... zbyt dużo się działo, by na przykład stwierdzić, że któryś król wywarł niezwykły i odczuwalny po dziś dzień wpływ na Polskę i jej okolice.
Ale to nawet nie jest przypadek tylko Polski, jednak w innych krajach jak się wydaje rozumieją lepiej, że dawny władca to po prostu postać historyczna, ktoś do kogo można podejść na sposób naukowo-badawczy, ocenić wpływ na współczesność, czy może coś zostało po nim na dłużej, jednak z pewnym dystansem. Francuzi czy Niemcy mieliby z kogo być dumni, ale niespecjalnie są. Jeśli, to rzeczywiście z kogoś kto wpływ na długie wieki wywarł, jak Luter czy Bismarck. Powinni więc Polacy być dumni z Kopernika czy Marii Skłodowskiej, ale nie z tego czy innego króla sprzed wieków, choćby i najpozytywniejszego.
Weźmy - Kazimierz Wielki. Już samo słowo "wielki" mówi samo za siebie. No dobrze, "zostawił murowaną", a także założył Akademię Krakowską. Przy okazji był jednak, według dzisiejszych kryteriów, zbrodniarzem (utopił księdza Boryczkę). Prawa człowieka zapewne nie były jego konikiem. Pod pewnymi zatem względami to ja już wolę nawet i tego śp. Lecha Kaczyńskiego, choć niewątpliwie gdyby przenieść go w tamte czasy, a zwłaszcza jego brata Jarosława, to i intryg i zbrodni mogłoby być jeszcze więcej, nie wykluczam.
Piszę te słowa akurat w czasie gdy trwa spór o nauczanie historii w szkołach. Mnie idea przedmiotu "historia i społeczeństwo" bardzo się podoba, w nauczaniu historii nie chodzi bowiem o upewnianie się co do swojej własnej przeszłej wielkości i wspaniałości, a o próbę odpowiedzi na pytanie, jak historia nasza wpłynęła na to, jacy jesteśmy dzisiaj. I czego możemy się z niej nauczyć dla siebie dzisiaj. Żeby przestał obowiązywać bon-mot iż historia co prawda jest nauczycielką życia, ale nigdy nikogo jeszcze niczego nie nauczyła. Przynajmniej u nas.
Po takim właśnie czasie, Śląsk Wrocław został znów mistrzem Polski w piłce nożnej. Serdeczne gratulacje dla piłkarzy i ich trenera Oresta Lenczyka, który też wygrał ligę po raz drugi. Konkretnie po... 34 latach, bo drużyną, która wtedy zmieniła Śląsk na mistrzowskim tronie, była Wisła Kraków pod wodzą bardzo młodego wówczas Lenczyka, mniej więcej w połowie jego dotychczasowego życia (w grudniu 2012 kończy 70 lat). No a teraz właśnie mecz z Wisłą i bramka Roka Elsnera (Słoweńca, co też odnotowuję z zadowoleniem) na 1:0 przesądziły o mistrzostwie w sezonie 2011/2012. Sezonie Euro 2012, można powiedzieć. Śląsk potykał się z Wisłą także 30 lat temu w ostatnim meczu, oczywiście wtedy o żadnym Euro w Polsce nikt nawet nie śmiał marzyć, we Wrocławiu przegrał 0:1 i nie został mistrzem Polski po znakomitym sezonie, rzutem na taśmę tytuł odebrał mu Widzew Łódź. A teraz odwrotnie: sezon niespecjalnie znakomity (ale inni mieli jeszcze gorsze), mecz z Wisłą w Krakowie i nie 0:1, a 1:0. Czasem trzeba po prostu dłużej poczekać na wyrównanie rachunków.
W tej beczce miodu mamy co najmniej dwie łyżki dziegciu: po pierwsze, w polskiej kadrze na Euro 2012 nie ma ani jednego piłkarza drużyny mistrza Polski, po drugie, Śląsk jest w trudnej sytuacji finansowej, i wszyscy mówią, że się nie wzmocni, i w lidze mistrzów nie zwojuje nic. Jeśli chodzi o punkt pierwszy, to Śląsk nigdy, poza jednym okresem, o którym za chwilę, specjalnie "reprezentacyjny" nie był. Najlepsze jego czasy, druga połowa lat 70-tych, to były jednocześnie złote czasy polskiej drużyny narodowej, ale piłkarzy Śląska w niej można było liczyć na palcach jednej ręki, pamiętam że był Władysław Żmuda oczywiście, jednak i on szybko przeniósł się do Widzewa. Ani Zygmunt Garłowski już nieżyjący, ani Tadeusz Pawłowski, ani nawet Janusz Sybis miejsca w reprezentacji na dłużej nie zagrzali i nie kojarzą się z jej sukcesami. No a gdy w drugiej połowie lat 80-tych Śląsk zdominował kadrę prowadzoną wtedy przez Wojciecha Łazarka, z takimi zawodnikami jak Ryszard Tarasiewicz, Waldemar Prusik, Andrzej Rudy czy Paweł Król, to mimo że byli to bardzo dobrzy piłkarze, rozpoczęła się wtedy długo trwająca jazda w dół naszej reprezentacji, właściwie do dziś nie zakończona. W każdym razie, najczęściej jest tak, że reprezentacja Polski i Śląsk Wrocław to byty odrębne, i kibice muszą się z tym pogodzić.
Punkt zaś drugi, dotyczący perspektyw Śląska w Champions League: no cóż, można tylko powiedzieć, że pieniądze nie grają, potrzeba czasem woli walki, samozaparcia, i odrobiny szczęścia. I nie ma co przekreślać szans drużyny zanim piłkarze wybiegną na boisko.
Zanim jednak to się stanie, będziemy mieć Euro 2012 i jak dobrze wiemy, są kłopoty - zwłaszcza po stronie ukraińskiej. Należy jednak dopatrywać się i pozytywów. Oto Jarosław Kaczyński zapowiedział bojkot rozgrywek u naszych sąsiadów i zaproponował przeniesienie finału z Kijowa do Warszawy. Muszę powiedzieć, że jak przeczytałem tę ostatnią informację, to nie mogłem uwierzyć. Ostatecznie przecież prezydent Ukrainy "tylko" więzi i z pomocą swoich siepaczy narusza nietykalność cielesną politycznej przeciwniczki, podczas gdy według Kaczyńskiego i jego obozu, jak się przynajmniej do tej pory wydawało, ekipa obecnie rządząca w Polsce współorganizowała zamach, w wyniku którego stracił życie prezydent i prawie 100 osób. Tam "obranie kursu" na Moskwę, u nas potajemna współpraca z nią na całego. A mimo to, do Warszawy z Kijowa należałoby przenieść finał. Ja mogę tego nie rozumieć, ale zwolennicy J.K. winni chyba czuć się oszukani tą jego niestałością. Jest gdzieś blisko kraj, w którym obowiązują niższe standardy niż w Tuskolandzie, no też coś.
Jeszcze jeden akcent polityczny na koniec: dzień zwycięstwa Śląska był także dniem zwycięstwa Francois Hollande'a w wyborach prezydenckich we Francji. Zapewne to dobrze, że taka zmiana nastąpiła. Poznamy go jednak oczywiście po owocach.
...a serce bije jedno, tak śpiewano w czasach chyba planu sześcioletniego mniej więcej. O tysiącach i milionach mówił dzisiaj w Radiu Zet Joachim Brudziński z PiS:
Ja wiem, że czytać i słuchać hadko, proszę jednak zwrócić uwagę, ile razy poseł wypowiedział liczebnik, i z jaką dumą i namaszczeniem, "sto dziesięć tysięcy". Brzmi znacznie lepiej, niż zwykłe "sto tysięcy", i zapewne stąd wybór takiej właśnie liczby. A przy okazji realizacja znanej zasady pewnego mroczną sławą okrytego propagandysty, że kłamstwo powtórzone wiele razy powoduje, iż ludzie zaczynają w nie wierzyć.
Dlaczego mówię o "kłamstwie"? Jak zauważyli z kolei w Szkle kontaktowym panowie Sianecki i Daukszewicz, od zawsze właściwie organizatorzy i zwolennicy demonstracji podają większą liczbę uczestników niż policja i neutralne służby porządkowe. Tak po prostu jest, jeszcze niższe liczby podają przeciwnicy demonstracji i idei w imię których została skrzyknięta. Najbliżej prawdy są oczywiście ci, którzy manifestacją zajmują się z racji obowiązków zawodowych, a więc policjanci i inni "z zewnątrz". Dokładne policzenie jest trudne, ot po prostu tłum, czasem też i gapiów, nie wiadomo kogo liczyć, a kogo nie. Do "tysięcy" Brudziński dokłada jednak i "miliony", na przykład tych, którzy podpisali protest w obronie TV Trwam. Jest ich o wiele więcej, jakieś dwa rzędy wielkości, niż tych, którzy regularnie program tej stacji oglądają. Odwrotnie niż w Ewangelii, gdzie jest 99 owiec na swoim miejscu i jedna zagubiona: tutaj jedna "odnaleziona" owca sprowadza 99 zagubionych, by podpisały, i udaje jej się to, każdej z nich. Może pani i pan też podpisali, tylko wcale o tym nie wiedzą, albo państwa bliscy spoczywający już na cmentarzach?
Przy okazji, zauważyłem jaki jest stosunek tej że tak powiem formacji ideowo-politycznej do różnych liczb. Ot na przykład z nauki o materiałach, weźmy wytrzymałość drzewa, powiedzmy że chodzi o brzozę :-) było do przewidzenia... Sam widziałem na jednym z forów, ktoś podał podręcznikowe wartości, mnie osobiście niewiele mówiące, w każdym razie wynikało z tego, że brzoza jest w czołówce twardych, odpornych na mechaniczne uszkodzenia, drzew. Ale już zaraz ktoś inny, z "opozycji" (wobec zdrowego rozsądku?) podał inne liczby, też z jakiegoś obiektywnego źródła, wymowa zestawienia była jednak nieco inna. Normalnie należałoby się nad tym zastanowić i to przedyskutować, przyjmując że oba źródła, które powstały zapewne na długo przed tym zanim ktokolwiek mógł przewidzieć iż to właśnie okaże się takim rozpalającym emocje problemem, są równie obiektywne i wiarygodne. Może są to nieco różne wielkości, może coś z jednostkami... Ale nie: tu mamy pewien stały schemat. Mianowicie jeśli ktoś z opcji "zdroworozsądkowej" podaje jakieś liczby, to z miejsca stają się one podejrzane przez wzgląd na osobę która je przytacza, i teraz chodzi o to, by znaleźć gdzieś jakieś inne liczby, one mogą się nawet nie bardzo różnić byle były inne, i od razu tamte stają się niesłuszne, zmanipulowane i pachnące narodową zdradą, a nasze demaskujące, dumne i jedynie słuszne i prawdziwe.
Tak jest z liczbą demonstrantów, z wynikami sondaży (tu oczywiście nie tylko PiS), ze wszystkim co się da gdzie występują jakiekolwiek liczby, proszę sprawdzić. No chyba że ktoś jak Krajowa Rada RiTV chce konkretnych liczb na papierze. To wtedy się ich po prostu nie podaje :-)
Siedzę sobie w Niemczech i czekam, aż tutejsze media pokażą ogromną demonstrację "oburzonych" w Warszawie, co najmniej taką jaka nie tak dawno jeszcze była (pokazywali) w Budapeszcie. Najwyraźniej jednak wciąż przychodzi za mało osób: co to jest kilkanaście nawet tysięcy, może od stu tysięcy byłoby co pokazywać.
Niewątpliwie tutejsi komentatorzy, gdyby jakimś cudem do takiej manifestacji doszło, mieliby wielki problem z wytłumaczeniem, o co właściwie tym ludziom chodzi. Bo tak naprawdę to z jednej strony o pewne trudności, które ma prywatny przedsiębiorca, przypadkiem zakonnik katolicki, z dostosowaniem swojego biznesu do obowązującego w Polsce prawa. Z drugiej strony, o irracjonalne oskarżenie nie wiadomo kogo, że nie wiadomo w jaki sposób katastrofa lotnicza wcale nie była katastrofą, tylko zamachem na życie 96 osób. Już właśnie uśmiecham się na myśl, jak oni próbowaliby to wyjaśniać. Zapewne szukaliby czego innego, byłaby mowa o kryzysie, także przecież w Polsce, o reformie emerytalnej Donalda Tuska, której zapowiedź nie spodobała się, może o problemach z lekarstwami, ktoś może przypomniałby sobie o ACTA. To próbowano by przedstawiać jako prawdziwe przyczyny niezadowolenia, powodującego wyjście ludzi na ulice.
Ale rozumowanie to można odwrócić: skoro rzeczywiście nie ma tych stu tysięcy, a jest o wiele mniej, to znaczy, że nie jest tak źle w tych naprawdę ważnych, bytowych sprawach. W Polsce jest około tysiąca miast, więc może się zdarzyć, że dziesięć czy piętnaście odpowiednio podbechtanych osób z każdego miasta zechce demonstrować w sprawach irracjonalnych. Mamy demokrację, mamy wolność, należy więc tylko zminimalizować uciążliwość takiej manifestacji.
To trochę uspokaja. Za dużo ludzi Kaczyński z Rydzykiem nie nazbierają, przytłaczająca większość stuka się w czoło i nie chce słyszeć o Smoleńsku, o "jedynie prawdziwej" Telewizji Trwam, co nie znaczy, że kochają rząd, mają wszak swoje własne problemy może i z tym rządem, z tym państwem i decyzjami jakie zapadają na różnych szczeblach. Jeśli jednak opozycja, najpoważniejsi kandydaci do przejęcia władzy gdy obecni rządzący ostatecznie się nie sprawdzą, proponuje ludziom tylko Smoleńsk i Telewizję Trwam, jeśli kłamie o dyskryminacji katolików (!), to znaczy że nie mają niczego innego, naprawdę poważnego, do zaproponowania. Żadnych alternatywnych rozwiązań.
Ludzie ich nie wybiorą. Demokracja obroni się - oczywiście jeśli nie nastąpi nagłe pogorszenie sytuacji bytowej Polaków. Ale znów - z Niemiec nie wygląda to źle, i nie wygląda na to, by miał się taki czarny scenariusz zrealizować.
Spór smoleński w gronie ludzi rozsądnych polega w tej chwili na tym, jak traktować rewelacje Antoniego Macierewicza i jego "ekspertów" z tytułami profesorskimi. Czy zakwalifikować jednoznacznie jako "bzdury", i w ogóle się do tego nie odnosić, czy też te oczywiste nonsensy próbować przekonująco obalić, pochylić się nad tym, cierpliwie tłumaczyć, że niemożliwe, itp, itd.
Nie ulega żadnej, najmniejszej nawet wątpliwości, że chodzi o wykorzystywanie tragedii w celach politycznych. Przekonanie wyborców, by nie głosowali na ekipę obecnie rządzących "zdrajców", a na prawdziwych patriotów spod znaku PiS. Jeśli ktoś tego tak nie widzi, to w zasadzie może tu skończyć czytać, bo dalej też go nie przekonam. Jest to owszem bolesne i smutne, iż dopuszcza się tego brat bliźniak głównego pasażera, który zginął 10 kwietnia 2010. Nic jednak na to nie możemy poradzić, nie siedzimy wszak w jego głowie. Ci wszyscy, którzy tragedię chcą wykorzystać dla celów politycznych, są w sytuacji dosyć komfortowej. Stara zasada logiki mówi, że nie da się udowodnić, iż czegoś nie ma, coś nie miało miejsca. Na przykład: zamach. Ciężar dowodu, że jest, i miało miejsce, spoczywa na twierdzącym, iż tak właśnie było. No a tu może sobie Macierewicz rozłożyć ręce i powiedzieć: jak my możemy to udowodnić, nie jesteśmy przecież państwową prokuraturą, króra ma stosowne narzędzia. Macierewiczjest w sytuacji człowieka, którego bliska osoba padła ofiarą wypadku, a on za wszelką cenę pragnie udowodnić, iż nie był to wypadek, a na pewno zabójstwo. I chodzi, i męczy tę policję i prokuraturę, i trzeba powiedzieć jasno: ma obywatel do tego prawo w państwie prawa.
Jaka jest na to rada? Należy odpowiedzieć krótko i stanowczo: wykluczamy tę wersję jako nieprawdopodobną. Niestety nie można powiedzieć, iż wykluczamy ją jako coś co na 100% nigdy nie nastąpiło. Przy okazji każdego wypadku samochodowego z ofiarami śmiertelnymi ktoś może stwierdzić, iż na pewno akurat w miejscu późniejszego zderzenia przyklejona była bomba, która wybuchła, i dlatego w wypadku były ofiary, a w dziesiątkach innych podobnych wypadków poszkodowani uchodzili z życiem. Gdyby jednak zwykły obywatel chodził za policjantami i przekonywał ich do takiej wersji, to zapewne byliby się w stanie dość szybko od niego uwolnić, by nie zawracał głowy (co nie znaczy, że przekonać). W omawianej sytuacji mamy potężne polityczne lobby, co znacznie sprawę utrudnia. Niemniej jednak uważam reagować należy dokładnie w taki sam sposób, nie wdawać się w dodatkowe ekspertyzy, tłumaczenia, bo jak raz się na tę drogę wejdzie, i na to też liczy Macierewicz, to ich pomysłowość dalej będzie nieprzebrana, i trzeba będzie wszystko po kolei w nieskończoność badać. Krótkie oświadczenie: ODRZUCAMY TĘ WERSJĘ JAKO Z GRUNTU NIEPRAWDOPODOBNĄ, i koniec.
Oczywiście będzie tutaj ogłoszony triumf: komfort oskarżycieli niewątpliwie jest większy jeszcze z tego powodu, że tak naprawdę śledztwo prowadzi państwo obce, na terenie którego wypadek się zdarzył, co nawiasem mówiąc jest zupełnie normalne i oczywiste. Zawsze można więc powiedzieć: no jak wy możecie odrzucić jakąkolwiek wersję, jeżeli nie macie do dyspozycji choćby tego nieszczęsnego wraku samolotu. Ale mimo to, ja upierałbym się: odrzucamy, nieprawdopodobne, a nawet może dobrze sprawie by zrobiło po prostu zamknięcie śledztwa, niezależnie od tego co oni powiedzą. Ryzyko, że "na Smoleńsku" uda im się wrócić do władzy, jest doprawdy minimalne, Polacy jednak w większości są narodem rozsądnym. Umorzyć śledztwo, a za rok temat zniknie, tak można przewidywać.
Piszę to w bardzo okrągłą rocznicę innej tragedii - uwaga, będzie znana dobrze piosenka. I ja tak sobie nucę: zostawcie tupolewa, nie sprowadzajcie go... A słucham przyznaję nie bez wzruszenia, bo choć kawałek prosty i popkulturowy, to jednak przesłanie, nie bójmy się tego słowa, piękne.
Czytam właśnie, iż postawione zostały zarzuty twórcy strony internetowej antykomor.pl i zastanawiam się, czy nie jest to strzał kulą w płot. Owszem, procedury procedurami, i skoro raz prokuratura zajęła się delikwentem, to do pomyślenia jest kontynuacja, niemniej przypomina mi to trochę kontrolerów w tramwaju, którzy pastwią się nad pojedynczym gapowiczem, a dziwnie omijają grupki młodych ludzi zachowujących się w sposób niepozostawiający wątpliwości, że agresja nie jest czymś, czego się brzydzą.
W połowie lat dziewięćdziesiątych ukazała się książka amerykańskiego historyka Daniela Goldhagena "Hitler's Willing Executioners", tytuł polski: "Gorliwi kaci Hitlera". Autor wykazywał w niej, że nie da się obronić tezy, iż Holocaust i wszystkie inne zbrodnie hitlerowskich Niemiec to było dzieło szalonego wodza i otaczającej go grupki "nazistów" - przeciwnie, także zwyczajni ludzie, "zwykli Niemcy", brali w tym udział i ponoszą swoją część odpowiedzialności.
Przy zachowaniu wszelkich proporcji, które to sformułowanie dodaję by nie zarzucono mi zbyt daleko idących porównań, gdy widzę dziś Jarosława Kaczyńskiego, to czasem odnoszę wrażenie, że mówi on nie te rzeczy w które sam by wierzył, a te, w które nadzwyczaj chętnie uwierzą jego wyznawcy. Gorliwi wyznawcy, chciałoby się dodać. Dlatego trochę niechętnie przyjmuję lansowaną tezę, że całą odpowiedzialność ponosi przywódca całego zamieszania, pan Jarosław, a nad "ludem smoleńskim" należałoby się pochylić, głaskać po główce, cierpliwie tłumaczyć... Otóż nie: skoro tak wiele wskazuje na to, że są tam ludzie, którzy stanowią zagrożenie dla porządku prawnego i spokoju społecznego w Rzeczypospolitej, powinny się nimi w dyskretny acz zdecydowany sposób zająć odpowiednie służby państwa. Tak jak w Niemczech inwigiluje się partie i organizacje prowieniencji neonazistowskiej. Po prostu należy dmuchać na zimne, choć właściwie o to słowo mogliby się obrazić, bo przecież są "gorący".
Demokracja liberalna stanowi wartość godną ochrony. Wprawdzie zgodnie z głoszoną przez siebie zasadą liberalizmu toleruje także siły antyliberalne i niedemokratyczne, jednak w momencie gdy zaczynają one stanowić dla niej zagrożenie, powinna potrafić odpowiednio zareagować. Tym bardziej, że jej aktywni przeciwnicy bardzo często są nimi dlatego, że ją i jej siłę lekceważą. Za komuny byli na ogół cichymi, spokojnymi, niewychylającymi się ludźmi. Teraz gdy odwaga staniała, a rozum podrożał, nadrabiają można powiedzieć to, co bali się przedsiębrać w czasach gdy groziły prawdziwe represje.
Nie chodzi mi broń Boże o żadne wielkie represje dzisiaj. Ale wypadałoby dać znać, na przykład tym mądralom bliskim Gazecie Polskiej, że państwo o nich wie, i interesuje się tym, co robią. Może akurat podwiną ogony pod siebie, i nie będą już tacy gorliwi.
Czytam właśnie, iż postawione zostały zarzuty twórcy strony internetowej antykomor.pl i zastanawiam się, czy nie jest to strzał kulą w płot. Owszem, procedury procedurami, i skoro raz prokuratura zajęła się delikwentem, to do pomyślenia jest kontynuacja, niemniej przypomina mi to trochę kontrolerów w tramwaju, którzy pastwią się nad pojedynczym gapowiczem, a dziwnie omijają grupki młodych ludzi zachowujących się w sposób niepozostawiający wątpliwości, że agresja nie jest czymś, czego się brzydzą.
W połowie lat dziewięćdziesiątych ukazała się książka amerykańskiego historyka Daniela Goldhagena "Hitler's Willing Executioners", tytuł polski: "Gorliwi kaci Hitlera". Autor wykazywał w niej, że nie da się obronić tezy, iż Holocaust i wszystkie inne zbrodnie hitlerowskich Niemiec to było dzieło szalonego wodza i otaczającej go grupki "nazistów" - przeciwnie, także zwyczajni ludzie, "zwykli Niemcy", brali w tym udział i ponoszą swoją część odpowiedzialności.
Przy zachowaniu wszelkich proporcji, które to sformułowanie dodaję by nie zarzucono mi zbyt daleko idących porównań, gdy widzę dziś Jarosława Kaczyńskiego, to czasem odnoszę wrażenie, że mówi on nie te rzeczy w które sam by wierzył, a te, w które nadzwyczaj chętnie uwierzą jego wyznawcy. Gorliwi wyznawcy, chciałoby się dodać. Dlatego trochę niechętnie przyjmuję lansowaną tezę, że całą odpowiedzialność ponosi przywódca całego zamieszania, pan Jarosław, a nad "ludem smoleńskim" należałoby się pochylić, głaskać po główce, cierpliwie tłumaczyć... Otóż nie: skoro tak wiele wskazuje na to, że są tam ludzie, którzy stanowią zagrożenie dla porządku prawnego i spokoju społecznego w Rzeczypospolitej, powinny się nimi w dyskretny acz zdecydowany sposób zająć odpowiednie służby państwa. Tak jak w Niemczech inwigiluje się partie i organizacje prowieniencji neonazistowskiej. Po prostu należy dmuchać na zimne, choć właściwie o to słowo mogliby się obrazić, bo przecież są "gorący".
Demokracja liberalna stanowi wartość godną ochrony. Wprawdzie zgodnie z głoszoną przez siebie zasadą liberalizmu toleruje także siły antyliberalne i niedemokratyczne, jednak w momencie gdy zaczynają one stanowić dla niej zagrożenie, powinna potrafić odpowiednio zareagować. Tym bardziej, że jej aktywni przeciwnicy bardzo często są nimi dlatego, że ją i jej siłę lekceważą. Za komuny byli na ogół cichymi, spokojnymi, niewychylającymi się ludźmi. Teraz gdy odwaga staniała, a rozum podrożał, nadrabiają można powiedzieć to, co bali się przedsiębrać w czasach gdy groziły prawdziwe represje.
Nie chodzi mi broń Boże o żadne wielkie represje dzisiaj. Ale wypadałoby dać znać, na przykład tym mądralom bliskim Gazecie Polskiej, że państwo o nich wie, i interesuje się tym, co robią. Może akurat podwiną ogony pod siebie, i nie będą już tacy aktywni.
Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski napisał o "mafii homoseksualnej" w Kościele katolickim. Ponoć jest taka kuria w Polsce, gdzie wszyscy, "od kamerdynera po biskupa", są gejami. Za to spadły na niego gromy z obu stron: raz że takie rzeczy mówi o duchownych, a dwa - widać nietolerancyjny jest, bo przeszkadza mu ich homoseksualizm. Tropienie, która to mogłaby być kuria, w tej interpretacji jawi się jako wysoce niepoprawne politycznie.
Ja muszę przyznać, iż nie zgadzam się z tym, i chętnie poznałbym szczegóły, kogo to też na myśli miał ksiądz Zaleski. Z jednego prostego względu: tolerancyjnym być trzeba i nikogo demaskować nie wolno, tu chodzi jednak o Kościół katolicki, który sam uważa homoseksualizm za zło. Wprawdzie nie samą orientację (Kościół zresztą nie lubi tego słowa i woli inne, jak "skłonności"), ale praktykowanie już zdecydowanie tak. Pamiętam z katechizmu, że tzw. grzechy nieczyste przeciwne naturze to jeden z grzechów "wołających o pomstę do nieba", obok rozmyślnego zabójstwa, krzywdzenia ubogich, wdów i sierot, i zatrzymywania zapłaty za wykonaną pracę. Jeśli zatem ktoś ma tę orientację, czy "skłonności", może się temu opierać, być heroicznym, prawie świętym, z tego nieba jednak do piekła tylko jeden krok, jeśli im ulegnie.
Wniosek z tego logiczny jest taki, że właściwą postawą homoseksualisty chcącego żyć w zgodzie z Kościołem jest nieujawnianie swojej orientacji, bo gdy ujawni, to wystawia się automatycznie na pokuszenie. Trudno wierzyć w to, iż jeśli istnieje taka "homoseksualna" kuria, to wszyscy oni znaleźli się tam przypadkowo i żaden nie wie, kim jest ten przy sąsiednim biurku, czy przy czym oni tam pracują. Może więc między gejami istnieje jakaś sympatia natury platonicznej? Ja, biskup-gej będę sobie wybierał na współpracowników i podwładnych gejów, bo to są ludzie nadzwyczajnej solidności i obowiązkowości? Z drugiej strony, jeśli jako przekonany katolik, a jako biskup chyba nim jestem, zamierzam powstrzymywać się od grzechu wołającego o pomstę do nieba, to raczej nie otaczałbym się ludźmi, którzy w szczególny sposób stanowiliby dla mnie pokuszenie...
Zmierzam otóż do tego, by sformułować podejrzenie, że skoro oni tam w tej kurii, czy "mafii", tak się dobierają, to być może, o zgrozo, dochodzi tam do grzechów przeciwnych naturze i wołających o pomstę do nieba. Jeśli więc ktoś popełnia tak ostentacyjne wykroczenie przeciwko wyznawanym przez siebie, jako jednostkę identyfikującą się z instytucją, wartościom, to jest to w najwyższy sposób nie w porządku i należałoby to ujawnić i napiętnować, dla dobra Kościoła i społeczności w której on działa. Skoro bowiem zaprzeczają swej wiarygodności w tej sprawie, na którą można by w sumie machnąć ręką, to jak im ufać także w innych sprawach, że nie są na przykład oszustami czy złodziejami?
Choć z tym machnięciem ręką to też nie do końca. Pamiętamy sprawę arcybiskupa Paetza. Może się zdarzyć molestowany kleryk z ubogiej rodziny, albo sierota. Czyli namy grzechy wołające o pomstę do nieba niejako w dwupaku. A to nie jest zabawne, i za to chętnie do piekła wysłałby grzeszącego nawet ten, kto w piekło niespecjalnie wierzy.
Jest na youtube film, będący trzynastominutowym skrótem meczu finałowego z Miami, Agnieszki Radwańskiej z Marią Szarapową. Jak wiadomo, wygrała Polka, ale na filmie Rosjanka wygrywa 70-80% piłek. Czy to despekt dla Agnieszki? Nie - wszak pokazane jest, że wygrała najważniejszą, ostatnią piłkę, a poza tym widz zadaje sobie pytanie, jak to jest, ta Szarapowa tak znakomita, tyle naprawdę fantastycznych kończących ataków, a jednak przegrała. I Agnieszka Radwańska jeszzcze bardziej w jego oczach rośnie.
Odwrotnie Leszek Miller. Im bardziej deprecjonuje Janusza Palikota i jego partię (jak to powiedział, "naćpana hołota"...), im bardziej przekonuje, że to jakaś podpucha założona w zaciszu gabinetu Donalda Tuska, tym gorsze świadectwo sobie i swojej formacji wystawia, że z "kimś takim" przegrali w wyborach. A dzisiaj zapewne przegraliby jeszcze trochę wyżej.
Jak się wygrywa, przeciwnika należy komplementować. Jak się przegrywa, nie należy go deprecjonować. Wszystko, zarówno dobre jak i złe, wraca do nas w dwójnasób.